sobota, 14 października 2017

Wokół nas: Dzień Nauczyciela

Dzień Edukacji Narodowej

Początkowo nazwany Dniem Nauczyciela – później przemianowany na Dzień Edukacji Narodowej. Już prawie od pół wieku obchodzimy go właśnie dziś, 14 października, w rocznicę powstania KEN. Choć oficjalną nazwę tego święta zmieniono ponad 30 lat temu, to wciąż w funkcjonuje w naszych rozmowach jako Dzień Nauczyciela.


Nauczyciele bywają różni: niestety trafiają się tacy, których miejsce jest raczej zupełnie gdzie indziej, a pracę z dziećmi czy młodzieżą traktują wręcz jako karę, nie mają do nich podejścia, potrafią sprawić, że nawet ulubiony czy po prostu fajny przedmiot staje się tym znienawidzonym. Ale na szczęście są też tacy, których będziemy wspominać z przyjemnością i rozrzewnieniem do końca życia. I z racji dzisiejszego dnia: pominę milczeniem tych pierwszych, napiszę zaś o kimś, kto na zawsze pozostanie w moim sercu. Ostrzegam – będzie tasiemiec. Ale o pewnych ludziach łatwiej opowiedzieć przytaczając historyjki, niż tylko suche fakty mieszczące się w dwóch zdaniach.

Polonista 

– oprócz nawyków wyniesionych z domu jest jedną z osób, które mają największy wpływ na naszą miłość do książek, i szeroko pojętej kultury. Dlatego – mimo, że miałam szczęście spotkać na swojej drodze kilku wspaniałych nauczycieli – to własnie o pewnym poloniście będzie dzisiejszy wpis. 

Pan Mariusz początkowo uczył w jeszcze ośmioklasowej podstawówce, później trafił do nowo tworzonego gimnazjum (jestem jednym z pierwszych roczników, który po 6 klasie podstawówki trafił właśnie tam). Szczupły, mimo wciąż młodego wieku już lekko szpakowaty, z nieodłącznymi okularami. Był wymagający – ale nie na zasadzie, że wszyscy muszą umieć dokładnie tyle samo: zawsze brał pod uwagę możliwości i umiejętności konkretnego ucznia. Ja należałam do szczęśliwców, którzy nigdy się nie uczyli w domu: w zupełności wystarczało mi to, co wysłuchałam na lekcjach. Dlatego on, znając moje możliwości – ze śmiechem machnął ręką na moje lenistwo i zupełny brak notatek z zajęć. Jedynie czasem z humorem stwierdzał, że oszczędzam na zeszycie, bo miałam w nim jedynie same tematy zajęć i zadania domowe 😜

Wiecie, miałam w klasie paru "orzeszków", których opanowanie i usadzenie na miejscu zazwyczaj graniczyło z cudem. Na lekcjach u P. Mariusza nie było tego problemu: tak, na palcach jednaj ręki mogę policzyć sytuacje, kiedy faktycznie huknął, by uspokoić towarzystwo. Ale zazwyczaj wystarczał fakt, że zaczynał mówić. Cichym, spokojnym głosem opowiadał tak, że każdy słuchał z zaciekawieniem i siedział jak mysz pod miotłą, by przypadkiem nie uronić słowa. 


O jego podejściu do uczniów wiele mówi fakt, jak oni go traktowali, i to, jak on zachowywał się wobec nas. 
Moje wiejskie gimnazjum było bardzo małe: początkowo dojeżdżali do nas jeszcze uczniowie z pobliskiej miejscowości, później zostaliśmy sami. Czyli 1, maksymalnie 2 klasy z rocznika; w niewielkim, zaledwie kilkusalowym budynku, położonym tuż obok dużego, wspólnego z podstawówką boiska. 
W szkole chyba nie było osoby, która nie znałaby rozkładu lekcji naszego polonisty na pamięć – kiedy podjeżdżał swoim Unem lub rowerem pod budynek: już większość szkoły zbierała się przy drzwiach, by się z nim przywitać. Kiedy inni nauczyciele wykorzystywali długa przerwę na wypicie kawy: on często wskakiwał w sportowy strój, korki i brał udział w mini-meczu z chłopakami. Nie traktował nas jak bandy dzieciaków, z góry. Tak planował lekcje, że zawsze byliśmy z materiałem do przodu i zostawał nam czas na inne rzeczy. Czasem humorystyczne opowiastki, czasem poważniejsze rozmowy – nie tylko związane z językiem polskim, czy w ogóle szkołą. 
To dzięki niemu ja, mimo miłości do książek wzbraniająca się przed poezją, poznałam cudowną twórczość Herberta. To dzięki niemu zakochaliśmy się w Katedrze Bagińskiego. 

Takich drobiazgów, które sprawiały, że dał się lubić było mnóstwo. Jednak trzy historie zapamiętam na zawsze. Dwie pierwsze: być może razem ze mną uśmiechniecie się pod nosem 😉 Trzecia... trzecia to zarazem zakończenie tej historii. 

W naszym gimnazjum jedna z sal była na parterze, tuż obok wejścia do niej był zamontowany grzejnik, przy którym zbieraliśmy się na przerwach i przed lekcjami – a zaraz nad nim wisiała gaśnica. Proszkowa gaśnica, która zabezpieczona była małym drucikiem: po jego wyciągnięciu było kilkanaście sekund, by zabezpieczyć ją z powrotem. 
Tego dnia moja klasa zaczynała zajęcia godzinę czy dwie później, ale jak to zazwyczaj bywa zaczęliśmy się schodzić już kilkanaście minut wcześniej. Jedną z ulubionych zabaw części chłopaków było wyciąganie zabezpieczenia gaśnicy i jak najszybsze umieszczanie go na powrót. Był upalny dzień – już nie pamiętam, czy była to końcówka, czy też początek roku szkolnego – więc większość okien była otwarta na oścież. Chłopcy, jak zwykle, stali koło grzejnika i jeden z nich grzebał przy tej nieszczęsnej gaśnicy. Niestety, tym razem sztuczka nie wyszła: zabezpieczenie wypadło mu z rąk i potoczyło się gdzieś w kąt. Odbezpieczona gaśnica huknęła głośno, prawie, że za plecami naszego polonisty, którego biurko stało zaraz koło drzwi – przy okazji rozsiewając biały pył wszędzie. A Pan Mariusz? Zamiast zastanowić się: co się dzieje, jak zadbać o uczniów: jednym susem wyskoczył w panice przez otwarte okno na podwórko 😂

Jedne z zajęć również zapadły mi w pamięć, i wspominam je ze śmiechem. Zwyczajem na jego lekcjach było przygotowywanie jakiegoś tematu przez jednego z uczniów, i prowadzenie danych zajęć przez niego. Ja z koleżanką siedziałyśmy zazwyczaj w ostatniej ławce (jedynie na język polski właśnie przesiadałyśmy się do nie zajętej przez nikogo pierwszej ławki, tuż przy biurku nauczyciela). Tego dnia lekcję prowadziła jedna z koleżanek – Pan Mariusz "przesadził" kolegę siedzącego przede mną do innej ławki, a sam zajął jego miejsce: witając się na początku zajęć podaniem ręki: "Cześć, Mariusz jestem!". Gdzieś w połowie lekcji, jak to często bywało, razem z koleżanką po cichutku zaczęłyśmy wyciągać z plecaka jakieś chipsy. Oczywiście byłyśmy święcie przekonane, że nikt nic nie usłyszał, dopóki on nie odwrócił się z szerokim uśmiechem: "A mi to działy nie dacie?". Po czym bezceremonialnie wpakował rękę do torebki i pozbawił nas połowy opakowania, zażerając się przez kolejne pół lekcji na równi z nami 😋
A czy ktoś pamięta te stare, kanciaste krzesła? To pewnie kojarzycie, że za plecami osoby siedzącej zawsze zostawało troszkę wolnej przestrzeni. Ja radośnie korzystałam z tego faktu, notorycznie wyciągając nogi przed siebie i opierając stopy właśnie tam, na krześle kolegi. Tego dnia – zupełnie odruchowo – zrobiłam dokładnie to samo, zupełnie nie zwracając uwagi na fakt, że przecież dzisiaj siedzi tam Pan od polskiego. Nie, nawet czubkiem palca go nie dotknęłam 😁 Ale on nie omieszkał podejść do sprawy z humorem, przy okazji wprawiając w totalną konsternację dziewczynę prowadzącą lekcje. Zupełnie bez słowa podniósł do góry rękę, w geście przedszkolaka zgłaszającego się do odpowiedzi. Koleżanka zupełnie zgłupiała, spaliła cegłę, i dość długo ignorowała tę wyciągniętą rękę. Minęło 5, 10 minut, a jego ręka nadal w górze, nadal bez słowa – więc dziewczyna chcąc–nie chcąc musiała w końcu zapytać o co chodzi. "Proszę Pani, bo ona mnie kopie! Czy może Pani coś z tym zrobić?" 😅

Uczył mnie w pierwszej i drugiej klasie gimnazjum. W trzeciej – już nie. Zakończenie roku w drugiej klasie przebiegło jak zwykle, wakacje jak to wakacje. Tuż obok mnie mieszkały moje dwie rówieśniczki – co istotne w tej historii: jedna z nich jest córką nauczycielki, więc poprzez matkę nawet w wakacje wiedziała, co w sprawach szkolnych piszczy, czy szykują się jakieś zmiany itp. Dość długo byłyśmy praktycznie nierozłączną trójcą, ale tego lata – jak to nastolatki – pokłóciłyśmy się o jakąś bzdurę. 
Większość wakacji spędzałyśmy więc razem z tą drugą koleżanką, przesiadując u siebie nawzajem całymi dniami, razem chodząc na spacery. Dosłownie kilkanaście dni przed tym dniem własnie na spacerze spotkałyśmy Pana Mariusza, gdy rowerkiem przemierzał okolicę. Był jak zawsze: uśmiechnięty, pogadany. Opowiadał o planach wakacyjnych, wyjeździe za granicę. Ten dzień był dniem moich urodzin, jak się chwile później okazało: najgorszych urodzin, jakie do tego pory przeżyłam. Razem z koleżanką wygrzewałyśmy się do słonka na jej podwórku i paplałyśmy o głupotach. Nagle ze zdziwieniem zauważyłyśmy, że idzie do nas "ta trzecia". Nasze zaintrygowanie wzrosło, kiedy się zbliżyła i zobaczyłyśmy ją wyraźniej: niedowierzanie i smutek bijące z jej twarzy sprawiły, że od razu poczułyśmy, że coś się stało
Tak... dzień wcześniej Pan Mariusz odszedł. Pożegnał się z nami, ze światem, zostawiając po sobie wiersz, wyryty na ciemnoszarym granicie jego nagrobka:

Przyszedł po niego we mgle,
znad wielkiej rzeki.
Miał migdałowe oczy, błękitną melodię głosu,
tę z przed tysięcy lat.
Spotkali się na łące jego dzieciństwa,
w raju przecudownym.


Jak to wśród dzieciaków, w szkole – teorii i plotek krążyło wiele. Ale dla mnie zawsze pozostanie najlepszym nauczycielem, jakiego dane było mi poznać. 


Żeby nie kończyć takim ponurym akcentem – Dzień Nauczyciela, to nie tylko dzień polonisty. Zarówno w podstawówce jak i gimnazjum miałam wspaniałe matematyczki. Panią Ewę, której też już niestety nie ma z nami, oraz Panią Anitę. 
Pan od historii (a czasami i od innych przedmiotów) to już materiał na kolejnego tasiemca 😁 Dzięki jego opowieściom – cyferki, daty były niestraszne: a gdy mieliśmy ochotę na luźniejszą lekcję, to bezczelnie wysyłaliśmy do pierwszej ławki kolegę, który miał zeszyt we wzór modeli samolotowych. Bo modelarstwo było (i z tego co wiem: nadal jest) jednym z koników Pana Jacka, więc wystarczyło, że rzucił okiem na coś związanego z tym tematem, i zupełnie odchodził od programu zajęć. Jasne, nadal było historycznie – ale opowiadał z taką pasją, że mimo wszystko słuchaliśmy jak zaczarowani, i zawsze coś w głowach zostawało 😊

Tak więc (bezczelnie pozwolę sobie na małą uszczypliwość): wszystkim nauczycielom życzę wytrwałości i cierpliwości do uczniów! A tym Nauczycielom, którzy naprawdę spełniają się w tym zawodzie i wkładają w pracę nie tylko czas, ale i całe serce – dziękuję! 

Bo niektórzy bywają  nauczycielami; w godzinach pracy. A niektórzy (na szczęście) są nimi z powołania, i to własnie dzięki nim szkoła i nauka przestają być obowiązkiem, a stają się przyjemnością. Oby Was było coraz więcej!



Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy:

Koniecznie zajrzyj!

KONKURS: Ty wybierasz nagrodę!

Follow my blog with Bloglovin   Cześć :) Na umilenie tej jesiennej szarówki (i w ramach wcześniejszej, świątecznej paczki) przygotow...

Jesteśmy tu:

zBLOGowani.pl

KLIK :)

Bądź na bieżąco :)

Ocena

2 3 4 5

(Prze)czytane:

Google+