sobota, 1 kwietnia 2017

O pierwszej "współpracy" słów kilka.

Cześć :) 

Po długiej przerwie udało mi się znaleźć chęć - a przede wszystkim siłę, by coś napisać. Tym razem nie będzie to recenzja. 



W sumie, to przy okazji: w blogosferze przyjęło się nazywać opis wrażeń po przeczytaniu książki "recenzją" i przy zakładaniu bloga poszłam za tym nazewnictwem. A teraz nie chce mi się już zmieniać wszystkich poprzednich postów. Bowiem większość tych "recenzji" - łącznie z moimi - powinniśmy raczej nazywać "opinią". Rzadko bowiem są bezstronne, przekazują raczej osobiste odczucia danej osoby niż obiektywną ocenę. Ale to tak na marginesie, w nawiązaniu do tytułu wpisu. 


A teraz:




Dziś o czymś innym. Długo się zbierałam za tę notkę, w sumie miało jej wcale nie być. Ale stwierdziłam, że jednak należy Was ostrzec i uczulić na pewne sprawy. Jak na obrazku powyżej - zastanów się - sprawdź sieć, poczytaj, podpytaj innych zanim z otwartymi rękami przyjmiesz od kogoś zaproszenie do współpracy.


Bloga założyłam w czerwcu, dość szybko pojawili się pierwsi obserwatorzy zarówno tutaj jak i na fanpage. Mimo to wszystko było jeszcze w powijakach, kiedy (co mnie do diabła napadło!) odezwałam się na pewnej grupie pod postem chłopaka szukającego recenzentów swoich książek. Piszę "chłopaka" bo młodszy ode mnie, za poważnego go też raczej nie uważam - w sumie, to chyba powinien być dumny, że użyłam takiego określenia. Bardziej by pasowało "dzieciak" ;) 


O dziwo - po kilku minutach napisał do mnie priv z propozycją przesłania książek. Coś za szybko, pewnie nawet nie zajrzał do mnie - później doszłam do wniosku, że nie liczy się dla niego kto i gdzie pisze na jego temat, ważne, żeby ktokolwiek i gdziekolwiek. Ustaliliśmy, że już, zaraz prześle mi 2 pdf-y, a książkowe wersje dośle niedługo i wtedy ja napiszę recenzję. Później to "niedługo" zaczęło zmieniać się w "nie mam czasu iść na pocztę", "nie mam kasy na przesyłkę, bo jestem przed wypłatą" (serio?) i tym podobne. Troszkę śmieszne, nie uważacie?


Już wtedy stwierdziłam, że raczej recenzja nie powstanie - zapadły konkretne ustalenia, on się nie wywiązał, więc czemu ja mam poświęcać pół dnia na napisanie rzeczowego posta, na dodatek męczyć się czytając na laptopie pdf-y, których szczerze nie znoszę? 



Gdy zaczął się wymigiwać - zaczęłam szukać info w sieci na jego temat, wystalkowałam go na Fejsie. Szczerze? Jak przeglądnęłam jego fanpage, to po prostu ręce mi opadły i zrobiło mi się wstyd, że tacy ludzie mają się za "artystów". 


Tomasz to człowiek orkiestra ;) Pisze, maluje, komponuje i nie wiadomo co jeszcze. Porównuje się do Da Vinci - no bo przecież taki człowiek renesansu z niego. Penderecki, Miłosz to idioci, i jak w ogóle można uważać ich za artystów. Gdy ktokolwiek (nie, nie złośliwie - grzecznie i rzeczowo) ośmielił się na fanpage wyrazić zdanie, że książka/tomik/muzyka mu się nie podoba - zaczynały lecieć wyzwiska, obrażanie. Bo "myślisz macicą", "jesteś moczem spuszczonym w kiblu", "A ty byś, [...] chciała, aby ktoś ci lizał fujarę". 


Owszem, jakiś jego wczesny tomik został oceniony bardzo dobrze. Nie wiem, nie czytałam. Ale wygląda mi to na typową "sodówkę" i BARDZO wybujałe mniemanie o sobie. Tak sobie myślę, że był troszkę za młody (bo ledwie po dwudziestce), żeby z pokorą i dystansem podejść do pochwał, które na niego spadły. 


A książka i tomik, które dostałam w formie elektronicznej? Owszem, zajrzałam, choć nie przeczytałam ich od deski do deski. 


Kilka wierszy z tomiku jest nawet dość przyjemnych w odbiorze, choć raczej za poezją nie przepadam to takie 4/5 mogę dać tym wierszom, które udało mi się przeczytać.


Książka... no właśnie. 


Wiecie - mimo wszystko za głupią się nie uważam. W swoim życiu przeczytałam, tak lekko licząc jakieś 2 - 3 tysiące książek. I choć wolę lekką literaturę, ewentualnie kryminały, to i poważniejsze rzeczy trafiają w moje ręce. Tak, zdarza się, że trafiając na jakieś mało popularne, trudne słówko muszę mieć kilka sekund, by wydobyć z zakamarków pamięci jego znaczenie. Ba! Bywa, że nawet wujka Google muszę zapytać ;) Ale przepraszam - chodzącą encyklopedią chyba nikt nie jest, prawda? 


Książka jednak odrzuciła mnie po pierwszych stronach. Bo książki czytam dla przyjemności - nie po to, by trzymając w drugiej ręce telefon sprawdzać znaczenie co drugiego słowa. Bo zdania składające się z miliona metafor, porównań, rozbudowane tak, że w połowie 3 linijki już nie wiesz, o co chodziło w pierwszej, a przed Tobą 5 kolejnych linijek (tak, takie tasiemce) - wiecie, jakoś dla mnie niekoniecznie są przyjemne w odbiorze. 


Epitety, metafory i inne ozdobniki: są fajne, są potrzebne. Ale powinny raczej pojawiać się czasem, dla urozmaicenia treści, po to, by czytelnik łatwiej mógł sobie coś wyobrazić. A treść składająca się w 99% z rozbudowanych środków stylistycznych to trochę za dużo. Gubi się sens zdań, czytanie zamiast cieszyć - staje się męczące. 


Raczej nie porzucam napoczętych książek, staram się je, mimo wszystko, przeczytać do końca. Bo i zdarza się tak, że pierwsze kilkanaście stron to nudne wprowadzenia, a później akcja wciąga. Tu jednak poddałam się. Przeczytałam kilka pierwszych stron, później wyrywkowo rzuciłam okiem na kolejne, losowe kartki. 

Może jednak jestem głupia? Trudno, jakoś przeżyję. 



Wiecie, pewnie i znajdą się miłośnicy tego typu twórczości - o gustach się nie dyskutuje. Bardziej odrzuca mnie postawa Pana Artysty (oczywiście pisane dużą literą!), który uważa się za nie wiadomo kogo i nie-fanów traktuje z pogardą, bez grama kultury, po prostu pokazuje chamstwo na najwyższym poziomie. Bo oprócz jakichś zdolności (których posiadanie lub jego brak każdy oceni wedle swoich standardów) wypadało by chyba traktować innych ludzi - jak ludzi właśnie, a nie jak niedorozwinięte "cosie".





0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję za odwiedziny. Jeśli czytałaś/eś tę pozycję, to podziel się swoją opinią w komentarzu!

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy:

Bądź na bieżąco :)

Ocena

2 3 4 5

Przeczytałam:

Google+