piątek, 12 sierpnia 2016

Filmowy piątek - 183 metry strachu


Cześć!

Witamy dziś na pokładzie Przemka - będzie w piątki recenzował filmy. Również prowadzi bloga, więc na końcu posta dodam kanały do jego socjalmediów, więc łatwo będziecie go mogli znaleźć



Niedawno miałem okazję obejrzeć film 183 metry strachu i podzielę się swoimi wrażeniami. Film w lakoniczny i prosty sposób został opisany na stronie filmweba:

Osamotniona kobieta staje się celem białego rekina.


Większość osób, która wybiera się na taki film. bardzo dobrze wie na czym będzie polegać fabuła filmu. Wystarczy spojrzeć na plakat a wszystko staje się jasne. Osobiście bardzo lubię filmy w których dochodzi do walki z realnym przeciwnikiem, czy to ludźmi czy zwierzętami, bo stwarza to pozory realności danego filmu. Ale jak to bywa w kinematografii, film trzeba czymś wypełnić, a czasem powoduje to sytuację w której dokładnie znamy zakończenie filmu, zanim się on rozpocznie.


Podobnie jest w przypadku 183 metrów strachu. Jest woda, jest surfing, jest ładna surferka oraz zły i niedobry rekin. I jest jeszcze mewa, ale o niej trochę później





.

Film rozpoczyna się od pięknych widoków. Mimo że główna bohaterka opisuje to jako wybrzeża Meksyku, z dziką plażą, która jest znana tylko nielicznym, to w rzeczywistości film nagrywany był w Australii. Pomimo tej nieścisłości, początkowe obrazy nakręcone są w taki sposób, że chce się tam być i wskoczyć do przejrzystej wody, nawet ze świadomością, że w pobliżu pływa żarłacz biały. W filmie zmontowano sporo ciekawych scen pokazujących surfowanie, efekty związane z wyostrzeniem kolorów oraz slow motion, które powodują, że na chwilę zapomina się o samym czyhającym zagrożeniu. Ale po chwilach sielankowych krajobrazów oraz pełnego chilloutu pojawia się główny bohater czyli rekin.

Film mógłby być bardzo dobry, ale scenarzysta niestety rozciągnął walkę z rekinem na tak długi czas, że od mniej więcej od połowy filmu już wiemy, że bohaterka przeżyje i w dramatycznych okolicznościach pokona wielką bestię, mimo że jest tylko drobną blondynką i znajduje się 200 metrów od brzegu i to na zapomnianej przez wszystkich wyspie. Lekko absurdalne, ale zobaczcie sami i oceńcie czy fabuła nie jest przypadkiem zbyt mocno naciągana.

Pojawia się jedna pozytywna postać - mewa. Nancy, czyli nasza bohaterka, opiekuje się nią i z konwersuje z biednym ptakiem. Nawet nadaje jej imię Steven Seaguul (seagull - mewa po ang., brzmi identycznie jak pewien amerykański aktor). Mewa ma złamane skrzydło i moim zdaniem jest najlepszym aktorem w tym filmie i zdecydowanie powinna dostać nagrodę za postać drugoplanową.

Film kończy się mega idiotycznie, ale nie będę spoilerował. Powiem tylko, że nasza bohaterka znajduje w sobie niezniszczalność... Pozostaje lekki niesmak, gdyż film mógł być ciekawym kinem survivalowym, a wyszło jak zwykle i porównywanie tego filmu do sławnych "szczęk" jest idiotyzmem. Mimo tego warto obejrzeć film, przynajmniej jego większą część, dla obrazów, krajobrazów oraz początkowej walki oraz dla mewy Seagull'a.

Reżyserem jest Jaume Collet-Serra, twórca chociażby filmów Tożsamość (2011) czy Sierota (2009) i przez to spodziewałem się czegoś znacznie lepszego. Główna rola przypadła w udziale Blake Lively, znanej przede wszystkim z serialu Gossip Girl (Plotkara) oraz ostatnio próbującej swoich sił w filmach takich jak Wiek Adaline czy Savages.



  1 komentarz:

  1. Ja chyba się jednak nie skuszę na obejrzenie tego filmu. Roczarowałby mnie.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Jeśli czytałaś/eś tę pozycję, to podziel się swoją opinią w komentarzu!

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy:

Bądź na bieżąco :)

Ocena

2 3 4 5

Przeczytałam:

Google+