piątek, 26 sierpnia 2016

Filmowy piątek: Urge



Urge (2016)
Kolejna długo wyczekiwana przeze mnie premiera tego roku to film Urge. Jak zwykle zachęcony trailerem wpisałem film na moją listę filmów do obejrzenia. Przedstawię dzisiaj moją recenzję. Tym razem bez większych spoilerów.
Zanim opiszę fabułę to kilka słów o reżyserze oraz obsadzie. Film stworzył Aaron Kaufman, znany raczej jako producent filmów takich jak: Sin City 2: Damulka warta grzechu (2014),  Szef (2014), Amerykańskie ciacho (2009) czy Maczeta zabija (2013). Jeśli chodzi o aktorów to moją uwagę przykuł Justin Chatwin, który najbardziej znany jest z serialu Shameless, który oglądam na bieżąco. Najbardziej rozpoznawalna twarz to oczywiście Pierce Brosnan.

Sama fabuła opiera się na założeniu weekendowego imprezowania w grupce przyjaciół. Główni bohaterowie znajdują się w ekskluzywnej rezydencji, która jest własnością jednego z przyjaciół. Jest alkohol i pojawiają się narkotyki. Ale nie są one zwyczajnie pojmowanymi narkotykami. Bohaterzy wchodzą do klubu, w którym poznają właściciela/dilera (Pierce Brosnan - który idealnie nadaje się na zmanierowanego i ładnie ubranego dilera wyższych klas), który daje im narkotyk pod jednym warunkiem. Mianowicie mogą go zażyć tylko raz w życiu i film się rozkręca... Wiadomo jednak od samego początku, że zażyją go więcej niż raz...
Co czyni narkotyk "urge" tak wyjątkowym? Po zażyciu go bohaterzy przestają się kontrolować. Niby idealnie pasuje to do narkotyków, ale tytułowy drug wydobywa najskrytsze i najgłębiej skrywany żądze i je uwalnia, powodując totalny chaos i brak jakichkolwiek granic w zachowaniu bohaterów. Założenie ciekawe, ale jak to bywa z narkotykami - uzależniają.
I uzależnienie rządzi w filmie. Na wyspie, na której rozgrywa się cała akcja, dochodzi do różnych dziwnych zdarzeń spowodowanych zażywaniem środka urge, ale nie będę już spoilerował, zobaczcie sami. Większość scen na początku realnych, w które spokojnie mógłbym uwierzyć, później przemienia bohaterów w kompletnie inne osoby, miotane przez podstawowe i pierwotne pragnienia, oraz wydobywające z postaci skrywane lęki oraz kompleksy.
Moje podsumowanie
Fabuła jest dosyć oklepana i szczerze mówiąc niezbyt wiem co chciał przekazać reżyser. Wszyscy wiemy, że narkotyki są złe i nie było w tej formie zbyt dużo nowatorstwa. Ani dosłowne, ani przenośne i dodatkowe znaczenie filmu nie jest zaskakujące. 
Film ogląda się dobrze, jest kilka ciekawych scen i momentów i gdy pomyśli się o autodestrukcyjnym zachowaniu osób uzależnionych lub o zdegenerowaniu ludzi, którzy mogą robić to co chcą to film nabiera jakiejś ramy realności i można wyciągnąć jakieś przesłanie. Film pokazuje również, że każdy z nas ma w sobie jakieś chore pragnienia, kompleksy i lęki, których nie pokazujemy w realnym świecie. Nie jest to film wybitny, ale warto zobaczyć. 
Pozdrawiam
Przemek


Ocena:


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

BOOK TOUR z Bluszczowymi Recenzjami: Lindsey Stirling - Jedyny pirat na imprezie

Cześć,

dzięki Bluszczowym Recenzjom miałam okazję uczestniczyć w kolejnym Book Tour. Książka, którą dziś opiszę jest kolejnym dowodem na to, że nie warto zamykać się na jakieś gatunki literackie, bo możemy się srogo pomylić. Ale o tym już za chwilę.


Autor: Lindsey Stirling
Tytuł: Jedyny pirat na imprezie
Gatunek: biografia
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 296






O czym jest książka?

Książka jest swego rodzaju pamiętnikiem najpopularniejszej youtuberki zeszłego roku, Lindsey Stirling. Dziewczyna z humorem opowiada o swoim dzieciństwie i drodze, jaką przebyła, by stać się rozpoznawalną i robić to, co kocha. 




Moje wrażenia:

Nigdy nie lubiłam autobiografii, a jak zwykle zgłosiłam się do Book Toura nie czytając nawet wzmianki o książce - cała ja. Gdy wzięłam ją do ręki i zobaczyłam, że to biografia - opadły mi ręce i pojawiła się myśl, jak ja to zmęczę. Nie potrzebnie się martwiłam - książkę czyta się świetnie. Historyjki z życia Lindsey okraszone są archiwalnymi fotografiami z jej życia. Książka napisana jest lekko i przyjemnie, ma się wrażenie, jakby słuchało się opowiadania osoby siedzącej tuż obok. I mimo, że po sprawdzeniu na You Tubie - jej utwory nie przypadły mi go gustu, to książka wręcz przeciwnie. Momentami śmiałam się z zabawnych historyjek, innym razem niecierpliwie czekałam na dalszy ciąg, by dowiedzieć się co będzie dalej. Książkę pochłonęłam w dwa wieczory - tylko dlatego, że niezbyt miałam czas, bo inaczej poszłaby pewnie w jeden, tak lekko i szybko się ją czyta. 


Jeszcze raz dziękuję Bluszczowym Recenzjom za możliwość uczestniczenia w Book Tourze, dzięki niemu przekonałam się do nielubianego do tej pory gatunku :) 





Ocena:


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Maria Pierzchała - Dyplomacja od podstaw w opowieściach ekspertów

Cześć,

dziś nietypowa recenzja, bo książki raczej specjalistycznej, chociaż przeciętny zjadacz chleba również dowie się z niej różnych ciekawych informacji.







Autor: Maria Pierzchała


Tytuł: Dyplomacja od podstaw w opowieściach ekspertów
Wydawnictwo: Adam Marszałek
Liczba stron: 200





O czym jest książka?


Książka w przystępny sposób wyjaśnia czym jest dyplomacja, opisuje jej genezę od czasów starożytnych aż do chwili obecnej. Pokazuje, jaką drogą iść, by stać się dyplomatą. Po części teoretycznej następują obszerne wywiady z ekspertami tej dziedziny, które przybliżają nam tematykę jeszcze bardziej. 




Moje wrażenia:


Niepozorna książeczka zawiera w sobie sporo ciekawych i przydatnych informacji. Dowiadujemy się, jak wygląda praca ambasadora od podszewki, z jakimi trudnościami spotyka się na misji. Poznajemy znaczenie tego, jak kontakty turystyczne czy biznesowe przekładają się na renomę danego kraju. Ciekawostką jest rozdział wyjaśniający znaczenie i to, kiedy używamy danych tytułów w stosunkach dyplomatycznych (i nie tylko). Poruszana jest również tematyka savoir-vivre, która przyda się nie tylko dyplomatom ;) Mimo dość specjalistycznej dziedziny książkę czyta się przyjemnie, jest napisana miłym językiem przyjaznym dla laika. Na pewno jest cennym źródłem informacji dla osoby, która swoją ścieżkę kariery widzi właśnie w dyplomacji, ale tak jak napisałam na początku jest również pozycją poszerzającą horyzonty przeciętnego czytelnika.


Okładka nie przypadła mi do gustu, a raczej font, jakiego użyto do tytułu - sprawia wrażenie nieprofesjonalnego. Do reszty nie mogę się przyczepić - papier odpowiedni, okładka wytrzymała, generalnie wydanie książki na plus.






Ocena:



piątek, 12 sierpnia 2016

Filmowy piątek - 183 metry strachu


Cześć!

Witamy dziś na pokładzie Przemka - będzie w piątki recenzował filmy. Również prowadzi bloga, więc na końcu posta dodam kanały do jego socjalmediów, więc łatwo będziecie go mogli znaleźć



Niedawno miałem okazję obejrzeć film 183 metry strachu i podzielę się swoimi wrażeniami. Film w lakoniczny i prosty sposób został opisany na stronie filmweba:

Osamotniona kobieta staje się celem białego rekina.


Większość osób, która wybiera się na taki film. bardzo dobrze wie na czym będzie polegać fabuła filmu. Wystarczy spojrzeć na plakat a wszystko staje się jasne. Osobiście bardzo lubię filmy w których dochodzi do walki z realnym przeciwnikiem, czy to ludźmi czy zwierzętami, bo stwarza to pozory realności danego filmu. Ale jak to bywa w kinematografii, film trzeba czymś wypełnić, a czasem powoduje to sytuację w której dokładnie znamy zakończenie filmu, zanim się on rozpocznie.


Podobnie jest w przypadku 183 metrów strachu. Jest woda, jest surfing, jest ładna surferka oraz zły i niedobry rekin. I jest jeszcze mewa, ale o niej trochę później





.

Film rozpoczyna się od pięknych widoków. Mimo że główna bohaterka opisuje to jako wybrzeża Meksyku, z dziką plażą, która jest znana tylko nielicznym, to w rzeczywistości film nagrywany był w Australii. Pomimo tej nieścisłości, początkowe obrazy nakręcone są w taki sposób, że chce się tam być i wskoczyć do przejrzystej wody, nawet ze świadomością, że w pobliżu pływa żarłacz biały. W filmie zmontowano sporo ciekawych scen pokazujących surfowanie, efekty związane z wyostrzeniem kolorów oraz slow motion, które powodują, że na chwilę zapomina się o samym czyhającym zagrożeniu. Ale po chwilach sielankowych krajobrazów oraz pełnego chilloutu pojawia się główny bohater czyli rekin.

Film mógłby być bardzo dobry, ale scenarzysta niestety rozciągnął walkę z rekinem na tak długi czas, że od mniej więcej od połowy filmu już wiemy, że bohaterka przeżyje i w dramatycznych okolicznościach pokona wielką bestię, mimo że jest tylko drobną blondynką i znajduje się 200 metrów od brzegu i to na zapomnianej przez wszystkich wyspie. Lekko absurdalne, ale zobaczcie sami i oceńcie czy fabuła nie jest przypadkiem zbyt mocno naciągana.

Pojawia się jedna pozytywna postać - mewa. Nancy, czyli nasza bohaterka, opiekuje się nią i z konwersuje z biednym ptakiem. Nawet nadaje jej imię Steven Seaguul (seagull - mewa po ang., brzmi identycznie jak pewien amerykański aktor). Mewa ma złamane skrzydło i moim zdaniem jest najlepszym aktorem w tym filmie i zdecydowanie powinna dostać nagrodę za postać drugoplanową.

Film kończy się mega idiotycznie, ale nie będę spoilerował. Powiem tylko, że nasza bohaterka znajduje w sobie niezniszczalność... Pozostaje lekki niesmak, gdyż film mógł być ciekawym kinem survivalowym, a wyszło jak zwykle i porównywanie tego filmu do sławnych "szczęk" jest idiotyzmem. Mimo tego warto obejrzeć film, przynajmniej jego większą część, dla obrazów, krajobrazów oraz początkowej walki oraz dla mewy Seagull'a.

Reżyserem jest Jaume Collet-Serra, twórca chociażby filmów Tożsamość (2011) czy Sierota (2009) i przez to spodziewałem się czegoś znacznie lepszego. Główna rola przypadła w udziale Blake Lively, znanej przede wszystkim z serialu Gossip Girl (Plotkara) oraz ostatnio próbującej swoich sił w filmach takich jak Wiek Adaline czy Savages.



Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy:

Koniecznie zajrzyj!

Książka: "Jak Cię zabić, kochanie?" Alek Rogoziński

Cześć! Jeśli śledzicie nasz fanpage (i widzieliście WYWIAD ) to wiecie, że Alka uwielbiam! Najpierw trafiłam na jego fanpage, później zapr...

Bądź na bieżąco :)

Ocena

2 3 4 5

Jesteśmy tu:

zBLOGowani.pl

KLIK :)

(Prze)czytane:

Google+