sobota, 26 listopada 2016

CZYTAJ Z NAMI - czyli jest takie miejsce w sieci... "Prze-czytana książka"

Hejka :) 



Tak, żyję! Ale praca mnie absorbuje do tego stopnia, że nie mam czasu na czytanie i pisanie. I nie zanosi się, że będzie lepiej - koleżanka odchodzi z pracy ;( więc przybędzie mi obowiązków. Staram się cały czas, by gdzieś w tygodniu wygospodarować czas na książkę - ale jest z tym kiepsko. Należę do osób, które potrzebują duuuużo snu - 9h to u mnie minimum. W tygodniu często nie mam na to czasu, więc nadrabiam w weekendy - wstaję z łóżka tylko po to, by coś zjeść i idę spać dalej. 


Pracę często kończę wieczorami (pracuję z domu, ale zadania do zrobienia pojawiają się często nagle i "na już") - wtedy albo od razu kładę się spać, albo włączam jakiś odmóżdżający serial - nie mam sił, by skupić uwagę na treści książki.





Ale, ale... Ja dziś pojawiam się z czymś ciekawym! Jest takie miejsce w sieci, a dokładniej na Facebooku - grupa o lekko mylącej nazwie PRZECZYTAJ & PODAJ DALEJ. Grupa książkoholików. Owszem - czasem zdarzają się akcje wymiany książek, ale jej główne założenie, to dzielenie się wrażeniami po przeczytaniu książek, dyskusje o autorach, wspólne czytanie i omawianie Lektury Miesiąca i wiele innych. Serdecznie zapraszam zarówno na Grupę - jak i na bloga pomysłodawczyni, Magdy -> KLIK

Właśnie na Grupie zrodził się pomysł akcji #czytajznami - dzisiejszy wpis powstał właśnie w jej ramach.

O co właściwie chodzi? Już wyjaśniam: według kolejności zgłoszeń do akcji dana blogerka publikuje na Grupie proponowany temat wpisu gościnnego, który pojawi się u niej na blogu i zaprasza do niego 3 osoby. Publikacja takiego posta odbywa się zawsze w sobotę. 




Kiedy zgłaszałam się do akcji pomysłu na wpis jeszcze nie miałam, zresztą zachodziła obawa, że powielę pomysł którejś z wcześniej ogłaszających się osób. Ale jak przyszło co do czego, to lampka zapaliła mi się od razu: Prze-czytana książka - czyli książka do której chętnie wracamy lub wracałyśmy wielokrotnie. Książka, która mimo tego, że znamy ją prawie na pamięć wciąż potrafi nas wciągnąć i zainteresować. Sama mam kilka takich pozycji, więc chciałam poznać typy pozostałych dziewczyn :) 



Występują: 
(żeby było sprawiedliwie - kolejność wg dostarczenia tekstów ;) ) 





[AGNIESZKA]


Prze-czytana. Przekartkowana dziesiątki razy, rozłożona niemalże na czynniki pierwsze, zdanie po zdaniu. Dla książki, która na zawsze skradła moje serce los nie był łaskawy. Wszystko zaczęło się, gdy pewien uzależniony od morfiny lekarz spotkał na swojej drodze trzecią (ale za to największą) miłość swojego życia. Michaił Bułhakow. Mistrz. I jego ukochana, Małgorzata. A także miasto. Monumentalny Trzeci Rzym. Złotogłowa stolica. Moskwa.

Kiedy przeczytałam temat mojego wpisu, nie miałam wątpliwości. Wiedziałam, że będzie to opowieść z Rosją w tle. Tych ukochanych książek zza wschodniej granicy mam jednak cały regał. Z pomocą w wyborze przyszła mi coroczna inicjatywa literacka – narodowy odczyt dzieł rosyjskich on-line. W ramach projektu każdego roku wybierana jest jedna powieść z klasyki literatury rosyjskiej, którą przez dwie doby po fragmencie czyta kilkaset osób. A my możemy śledzić to zjawisko na żywo.

Na pierwszą wzmiankę o tegorocznym utworze aż poczułam dreszcze. Moja pierwsza literacka miłość. Romans z tym panem przetrwał burzliwe czasy liceum i studia. Ba, nawet moje małżeństwo nie było w stanie mu zaszkodzić ;) „Mistrza i Małgorzatę” mam aż w trzech egzemplarzach. Co ciekawe, żaden nie jest po polsku i żadnego nie kupiłam sobie sama. Jest to książka, którą faktycznie rozebrałam na czynniki pierwsze. Powiem więcej, z mapą w rękach stąpałam po jej śladach. Począwszy od Patriarszych Prudów – pamiętnego spotkania literatów z Wolandem – aż do domu-muzeum samego autora.  




Co najbardziej fascynuje mnie w „Mistrzu i Małgorzacie”?

Przyznam, że nie jest to wcale historia wielkiej miłości czy wątki religijne. Nie są to również fenomenalne adaptacje i ekranizacje, których widziałam całkiem sporo (jak chociażby niezapomniana Anna Dymna, latająca au naturel na miotle). Tym, co urzekło mnie od pierwszych stron powieści jest obraz Moskwy – miasta, które na zawsze znalazło specjalne miejsce w moim sercu.
  

Diaboliczna świta Wolanda odziera stolicę ze złudzeń. Z jednej strony ukazuje jej twórczy eklektyzm, potęgę i potencjał, ale jednocześnie stanowi do bólu szczere studium mieszkańców i systemu, w którym przyszło im żyć. Ta absurdalna karykatura moskwian – urzędników, dyrektorów, pracowników Teatru Variété – jest tak nieprawdopodobna, że aż prawdziwa. I chociaż cenię też kreację postaci, umiejętność łączenia wątków fantastycznych z realizmem oraz oczywiście burzliwe losy Mistrza i jego ukochanej, to jednak miasto jest powodem, dla którego powracam do tej powieści raz za razem. 





[KASIA]


Rzadko czytam dwa razy tę samą książkę. Jestem ciekawa świata literatury, dlatego czytam dużo i często i z tego powodu książki raz przeczytane odstawiam na półkę. Jest tylko kilka lektur, które przeczytałam więcej niż jeden raz. Uwielbiam „Balladynę” Juliusza Słowackiego – właściwie to fragmentami znam ją na pamięć! Dwa lub trzy razy czytałam „Zbrodnię i karę” Fiodora Dostojewskiego, kilka razy sięgałam po czytania zawarte w Piśmie Świętym. Jest jeszcze „Mały Książę” A. de Saint-Exupery’ego, przeczytany przeze mnie trzy lub więcej razy, i to właśnie na tej lekturze chciałam się skupić.
Nie oszukujmy się, „Mały Książę” nie jest uznawany za arcydzieło, choć przyjmuje się ją za jedną z najważniejszych książek XX wieku. Krytycy zarzucali książce to, co we współczesnej literaturze zarzuca się twórczości Paolo Coehlo. Ja jednak uważam, że stawienie obu pisarzy w jednym szeregu jest deprecjonujące dla francuskiego pilota, dla „Małego Księcia” również. Moim zdaniem, to bardzo mądra i świetnie napisana książka. Pewnie też nie będę oryginalna mówiąc, że jest ważna w moim życiu.



Po pierwsze, poznałam ją w momencie, gdy przestawałam być dziewczynką, a stawałam się nastolatką i odkrywałam wiele tajemnic, jakie skrywał przede mną świat. Po drugie, dopiero ta książka uświadomiła mi siłę i magię słów. Zobaczyłam prozę poetycką - gatunek wcześniej mi nie znany… Po trzecie, znalazłam piękne w swej prostocie odpowiedzi na pytania, które błąkały się po mojej głowie: o miłość, przyjaźń i sens życia. Te odpowiedzi to słynne sentencje: „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, „Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś” czy „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.
„Mały Książę” nie nudzi mi się z wiekiem. Ponad rok temu razem z dziećmi siedziałam w sali kinowej z wypiekami na twarzy oglądając film na podstawie dzieła Exupery’ego. Wzruszyłam się tak samo, jak lata temu, gdy po raz pierwszy sięgnęłam do książki. Mamy w domu dwa egzemplarze „Małego Księcia”, a kilka podarowałam bliskim w prezencie, żeby je mieli przy sobie. Bo „Mały Książę” jest dobry na wszystko.






[JANKA]


Książka, z którą przyjaźnię się już dziesięć lat. Pierwszy raz czytałam ją na wyjeździe konferencyjnym we Włoszech. Zobaczyłam u kolegi i mu zabrałam :) Zachwyciłam się od pierwszych stron. Pamiętam do dziś jak siedzę na tarasie, jest ok 30 stopni ciepła, w oddali majaczą Dolomity, a ja drżę z zimna, bo w Paryżu pada śnieg.
„Po prostu razem” Anny Gavaldy to książka pokochana od pierwszego czytania. Dlaczego? Też się zastanawiam. Może dla tego, że jest taka zwykła, prosta, serdeczna? Może dlatego, że bohaterowie są tak wyraziści?
Historia zaczyna się od tego, że Paulette znowu traci przytomność, Camille idzie do lekarza, potem...mdleje. Na początku trudno się domyślić, która z nich będzie główną bohaterką powieści, a wymyślić, że kiedyś się zaprzyjaźnią? Jeszcze trudniej. Uda się to dzięki Franckowi, wnukowi jednej z nich – oczywiście przez zupełny zbieg okoliczności. Franck jest kucharzem, pozuje na łobuza, ale tak naprawdę... Do pełnej obsady brak już tylko Philou – zubożałego arystokraty, zdecydowanie oderwanego od rzeczywistości.


I tak mamy: starszą panią, młodszą artystkę, kucharza i szlachetnie urodzonego idealistę. Każdy oryginalny, indywidualista, z każdą z postaci chciałabym się zaprzyjaźnić. Chętnie bym ich wszystkich przytuliła i adoptowała :D, bez względu na wiek. Chociaż najbliżej mi chyba z Philibertem, podobnie jak on naiwnie wierzę w szczerość, uczciwość i nie do końca wiem o co chodzi we współczesnym świecie :P
Jeśli macie ochotę na drżenie z zimna na poddaszu, na piknik na rodowej zastawie, albo przejażdżkę po mieście w sklepowym wózku – a voila! Ensemble C`est Tout!

PS. Film mi się nie podobał, Audrey Tautou zbyt ameliowata była jak dla mnie.





Jak widzicie dziewczyny wybrały bardzo różnorodne pozycje.  Jeśli chodzi o "Mistrza..." to oczywiście kiedyś tam czytałam - i nawet pamiętam, że bardzo mi się podobał, więc chyba pora sobie przypomnieć. "Mały Książe"  też jest u mnie na liście przeczytanych książek, ale szczerze powiedziawszy średnio przypadł mi do gustu (wtedy) - może czas sprawdzić, czy jako osoba dorosła podejdę do jego lektury inaczej. Ostatniej pozycji niestety nie kojarzę wcale - więc wędruje do (coraz obszerniejszego) dokumentu z książkami "do przeczytania".

Szczerze powiedziawszy - ja uwielbiam wracać do książek, które mnie zachwyciły lub czymś ujęły - stąd też pomysł na taki temat wpisu. Mogłabym wymieniać i wymieniać. Są to zarówno niektóre dzieła Kinga, Roberts/Robb czy Sandemo - jak i pozycje typowo młodzieżowe jak np. "Mała księżniczka" czy serie o Tomku Wilmowskim czy Panu Samochodziku ;) 

Oczywiście - razem z dziewczynami jesteśmy bardzo ciekawe, co sądzicie o przedstawionych przez nie pozycjach. No i czy macie takie swoje PRZE-czytane książki? 


czwartek, 13 października 2016

Książka: „Nie chciałaś wiedzieć‟ Jean Hanff Korelitz

Hej :)

Powoli ogarniam nową pracę, coraz częściej znajduję wieczorem chwilę czasu na czytanie i pisanie dla Was. Pora więc na kolejną książkę, którą udało mi się przeczytać w ostatnim czasie. 

Autor: Jean Hanff Korelitz
Tytuł: Nie chciałaś wiedzieć
Gatunek: sensacja
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 472



O czym jest książka?

Grace jest terapeutką specjalizującą się w terapii par. Właśnie napisała swoją pierwszą książkę - poradnik dla kobiet, który ma im pomóc w doborze partnerów. Grace pisze o tym, jak ważne jest pierwsze wrażenie, o tym, że należy zaufać intuicji. O tym, że większości problemów w związkach można uniknąć, bo ich symptomy widać już na samym początku znajomości. 

Nagle poukładane życie Grace się rozpada - ginie kobieta, której syn chodzi do prywatnej szkoły z synem Grace. Na dodatek mąż kobiety znika wymawiając się konferencją dla lekarzy. Jak nigdy zostawia komórkę w domu, Grace nie ma z nim kontaktu. Jego nieobecność się przedłuża, a policjanci z wydziału zabójstw zaczynają zadawać dziwne pytania i przedstawiać nieoczekiwane i przerażające fakty.

Grace wraz z synem Henrym uciekają przed medialnym szumem do jej domu położonego na odludziu. Muszą poradzić sobie w ciężkich, zimowych warunkach, muszą poukładać swoje życie całkiem na nowo. Czy im się to uda?

Moje wrażenia:

Grace jest podekscytowana zbliżającą się premierą książki - poradnika dla kobiet, który udało jej się stworzyć pomiędzy wizytami kolejnych pacjentów. Nagle mąż znika, okazuje się, że szuka go policja a kobieta wraz z synem nie mogą znieść prasowej nagonki i piętna bycia rodziną mordercy. Uciekają więc do letniego domku Grace - zupełnie nie przystosowanego do zimowych warunków jakie właśnie panują. Przychodzi im się zmierzyć nie tylko z psychicznym obciążeniem po występku Jonathana ale i nieprzyjaznymi okolicznościami przyrody.

Pomysł na główny wątek bardzo mi się spodobał, nie wiem czemu pierwsze parę kartek nie zainteresowało mnie do tego stopnia, że książkę odłożyłam na dobrych kilka dni. Jednak gdy sięgnęłam po nią ponownie wciągnęła mnie niesamowicie - widocznie za pierwszym razem miałam zły dzień 😉

Książkę czyta się swobodnie, historia opisana jest lekko i przyjemnie. Bohaterowie opisywani są wyraziście, osobiście nie od razu polubiłam Grace, ale gdy zaczęło się całe zamieszanie - już byłam po jej stronie. Autorka dobrze opisała rozterki głównej bohaterki, sprawia, że stawiamy się w jej sytuacji i z każdą stroną rozumiemy ją coraz bardziej. 

Ocena:




Do następnego!


piątek, 7 października 2016

Filmowy Piątek: Ratter


Czuliście się kiedyś obserwowani? Mieliście uczucie, że każdy wasz ruch jest bacznie obserwowany? Niektórych takie odczucia doprowadzają do obłędu i paranoi. A temat jest tym bardziej aktualny, gdy każdy ma przynajmniej jednego smartfona podłączonego nonstop do sieci, a w naszych komputerach, telewizorach i tabletach są wszechobecne kamerki. Można by stwierdzić, że ten film oparty jest na autentycznych wydarzeniach.

Całkiem przypadkiem natrafiłem na film Ratter i od razu zaciekawiła mnie fabuła. Nie jest to pierwszy film o stalkingu, ale tym razem czułem, że będzie to inny film. I rzeczywiście jest to film zdecydowanie różniący się od filmów tego gatunku. Wydarzenia oglądamy z perspektywy urządzeń wyposażonych w kamerkę. Większość ujęć pochodzi z telefonu komórkowego oraz laptopa, a część z telewizora. Niepokojące? I powinno być.
Tytułowy RAT to rodzaj wirusa, który pozwala na przejęcie kontroli na urządzeniem elektronicznym takim jak np telefon, bądź po prostu przeglądanie na żywo całej jego zawartości wraz z dostępem do np. kamerki. Najczęściej wykorzystywany na laptopach, daje możliwość "podglądania" użytkownika. I z takiej perspektywy poznajemy główną bohaterkę Emmę. Należy tu wspomnieć, że w postać Emmy wcieliła się Ashley Benson, która znana jest z serialu Pretty little liars i... zagrała naprawdę dobrze. W gatunku thrillera, który ma wyglądać jak prawdziwe życie, główna bohaterka wyjątkowo nie wygląda na sztuczną aktorzynę. Dziwne ale prawdziwe. W filmie występuje również znany z How to Get Away with Murder Mat McGorry wcielający się w postać Michael'a.

Fabuła nie jest wielce rozbudowana. Emma przyjeżdża do Nowego Jorku aby rozpocząć nowy rozdział życia, chce oczywiście bardziej poznać siebie, a od razu poznaje Michael'a. Dodatkowo mamy motyw byłego chłopaka. Emma zaczyna odczuwać, że dzieje się coś dziwnego i jest obserwowana. Są groźby, anonimowe paczki, walenie do drzwi w środku nocy. Nawet oddaje laptopa do serwisu, gdzie zauroczony Emmą serwisant nic nie znajduje w komputerze. Ale najbardziej zaskakująca jest końcówka filmu. Wywarła na mnie na prawdę mocne wrażenie. Była realistyczna i podsumowywała cały film. Aha i poczekajcie całe napisy, bo jest druga końcówka... Ale nie będę spoilerował.
Uważam, że warto obejrzeć ten film, ponieważ jest to jeden z niewielu realistycznych obrazów pokazujących zagrożenia stalkingu, który nie jest spłaszczony i przeniesiony na płaszczyznę podglądania cycków. Jest to dobry film z przesłaniem, że w obecnych czasach każda kamerka może na nas patrzeć i tak naprawdę nie można się czuć całkiem bezpiecznym i anonimowym. A film zasługuje na mocne 4 gwiazdki. Za realizm i zakończenie. Polecam.




piątek, 30 września 2016

Filmowy Piątek - Pi

Pi (1998)

Długo zbierałem się do kolejnej recenzji, ale najzwyczajniej w świecie nie było czasu. W całym pędzie życia nie miałem również czasu oglądać nic nowego, gdyż ze zmęczenia zasypiałem na kanapie przy oglądaniu 40 minutowego odcinka serialu. Ale wracam do żywych i dzisiaj proponuję powrót wspomnieniami do filmu, który ma już 18 lat, a jego pełnoletność nie zmienia faktu, że obraz ten jest wyjątkowy.
Ale może zacznę od tego kto wyreżyserował ten film. Nie kto inny jak Darren Aronofsky, twórca Czarnego łabędzia (2010) czy kultowego i niepowtarzalnego filmu Requiem dla snu (2000). Takie pozycje mówią o reżyserze sporo, a Pi było jeszcze wcześniej. Jest to film dzięki któremu Aronofsky został zauważony

Pi jest filmem legendą. I nie mówimy tu o życiu pi... Zrealizowany w czerni i bieli intryguje swoją tajemniczością oraz swoistym charakterem. Film opowiada o genialnym matematyku, który zafascynowany jest kodami, które dostrzega w każdym aspekcie życia. Główny bohater Max Cohen doszukuje się chociażby wzoru Fibonacciego w kawie z mlekiem czy liściach. Przelicza wartości giełdowe, za pomocą ciągów liczb związanych z cyfrą pi. Zafascynowany jest numerologią i przelicza świętą księgę żydów przy pomocy podstawiania cyfr. Dodatkowo prowadzi rozmowy ze starym profesorem, który prowadził kiedyś podobne obliczenia. Cohen zamyka się w sobie, miewa paranoje i potęgują się jego bóle głowy, które prowadzą do tego, że czuje się śledzony a w końcu popycha go do kontaktu głowy z wiertarką. Każdy nazwałby to schizofrenią...
Czy film jest łatwy? Nie. Czy jest miły i przyjemny? Nie. Czarno biały obraz jest niepokojący i momentami boli w oczy, a drażniące dźwięki powodują nieprzyjemne ciarki. Najbardziej zapierają dech sceny w których kamera przymocowana do samego bohatera, urealnia obraz i wprowadza kolejne elementy nerwowości.  Ale jest to zabieg zdecydowanie celowy, który pozwala wejść w świat genialnego i irracjonalnego świata Cohena. 

Czy film ma przesłanie? Można dostrzec w tym filmie poszukiwanie pierwiastka większego od nas samych. Cohen przez cały film chce udowodnić, że coś lub ktoś steruje tym światem, że jest jakiś wzór i cel. Oprócz tego pokazuje odosobnienie i niezrozumienie tak powszechne w naszym życiu. Tak samo proces autodestrukcji oraz popadania w obłęd. Film roztacza swoistą aurę, która pozwala bardziej czuć odczucia bohatera, niż rozmyślać nad sensem samego obrazu. Osobiście polecam każdemu, kto chce zobaczyć coś innego niż hollywoodzkie superprodukcje. 
czarny piątek

środa, 28 września 2016

Katarzyna Michalak - Sklepik z Niespodzianką (tomy 1-3)

Hej :)

Wreszcie udało mi się znaleźć chwilkę czasu, by coś napisać :) W ciągu ostatnich dwóch tygodni przeczytałam zaledwie cztery książki - w tym trzy, o których będzie dzisiaj mowa. Początkowo miały dla nich powstać osobne posty, ale uznałam, że skoro to seria, to nie ma sensu się rozdrabniać ;)

Dodatkowo w tym tygodniu wraca Filmowy Piątek - recenzja już zapisana, czeka tylko na opublikowanie!






Autor: Katarzyna Michalak


Tytuł: Sklepik z Niespodzianką: Bogusia, Adela, Lidka
Gatunek: obyczajowa
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 320, 320, 272








O czym jest książka?


Wracając z pracy za granicą Bogusia trafia do Pogodnej, małego miasteczka położonego gdzieś pomiędzy Koszalinem a Kołobrzegiem. Miasteczko od razu skrada jej serce, a widok kamieniczki wystawionej na wynajem sprawia, że dziewczyna porzuca marzenie o kwiaciarni w stolicy i postanawia zostać w Pogodnej na dużej. I tak pojawia się pomysł Sklepiku z Niespodzianką, który w swojej ofercie będzie miał różnego rodzaju "kurzołapki" - drobne bibeloty do ozdoby półek i komódek. Bogusia szybko poznaje mieszkańców, którzy zaciekawieni tłumnie ją odwiedzają. W ten sposób spotyka Adelę - radną w miasteczku oraz Lidkę - miejscową panią weterynarz. Szybko się z nimi zaprzyjaźnia i spędza z nimi coraz więcej czasu. Cała trylogia opowiada właśnie o nich, w kolejnych tomach większość książki poświęcona jest danej bohaterce, ale pozostałe nie odstępują jej na krok. Jest miłość, zdrada, choroba, jest tajemnicza postać pojawiająca się wręcz zza grobu. 




Moje wrażenia:


Książki czyta się szybko i przyjemnie - wszystkie trzy tomy pochłonęłam w jeden!, wcale nie taki długi wieczór. Nie jest to może jakaś powieść wysokich lotów, ale doskonale sprawdza się jako umilacz na jesienne wieczory. Postacie występujące w książce są miłe i uczynne, choć pojawiają się i czarne charaktery ;) Ogólnie seria jest trochę przesłodzona, (prawie) wszyscy są mili, uczynni i w ogóle do rany przyłóż - w prawdziwym życiu niestety rzadko spotykamy się z takimi sympatycznymi postaciami. Ale książki czyta się miło, strony znikają niepostrzeżenie. Polecam w szczególności fankom lekkich i niezobowiązujących lektur, takich typowo do odprężenia się po ciężkim dniu.






Ocena:



czwartek, 15 września 2016

Jestem, żyję :) Czyli gdzie jestem jak mnie nie ma!

Cześć,

w końcu znalazłam chwilę czasu, więc muszę się Wam wytłumaczyć z chwilowej nieobecności na blogu, przerywanej tylko Filmowymi Piątkami - których też ostatnio zabrakło.

Po pierwsze - Filmowe Piątki: nasz Przemek został właśnie szczęśliwym tatusiem (tak, teraz pora na gratulacje ;) ), więc na chwilkę wypadł z obiegu, ale już wkrótce wróci do Was z kolejnymi recenzjami filmów, więc cierpliwie czekajcie - pewnie część z Was doskonale wie, jak pojawienie się dziecka przewraca życie do góry nogami :)

Co do mnie - po paru latach bezrobocia znalazłam pracę! Na dodatek zdalną - siedzę przed własnym komputerem, z moim ulubionym kubiszczem (tak, inna nazwa nie pasuje, bo ma prawie litr pojemności, kiedyś go Wam pokażę :)) z herbatką, czasem nawet z kotem na kolanach. Niestety są minusy takiej pracy - jestem rozliczana tylko z tego czasu, kiedy faktycznie coś robię, a wszelkie przerwy na rozprostowanie pleców i tym podobne są odliczane od czasu pracy. A dostępna muszę być już od przed 10 do 17-18, czasem dłużej, w zależności od tego, ile aktualnie mamy zleceń.

Do tej pory byłam nocnym markiem, spałam do południa, by nocami siedzieć nad książką. Teraz już przed 9 muszę być na nogach, więc już o 22 jestem w łóżku i nie mam siły na nic, nawet na czytanie. Puszczam odcinek jednego z moich ulubionych seriali i szybciutko zasypiam.

Ale, ale - ostatnio w weekend udało mi się pochłonąć fajną trylogię polskiej autorki, właśnie rozłożyłam sprzęt by porobić zdjęcia do postu. Myślę, że nie ma sensu tworzyć trzech osobnych recenzji, umieszczę je w jednym poście, który ukaże się już wkrótce!

Mam nadzieję, że mój organizm niedługo przystosuje się do nowego trybu pracy i znajdę wieczorami chociaż godzinkę na przeczytanie czegoś, bo bardzo mi tego brakuje. Na razie spodziewajcie się recenzji za parę dni i trzymajcie kciuki, by wszystko ułożyło się po mojej myśli :)


piątek, 26 sierpnia 2016

Filmowy piątek: Urge



Urge (2016)
Kolejna długo wyczekiwana przeze mnie premiera tego roku to film Urge. Jak zwykle zachęcony trailerem wpisałem film na moją listę filmów do obejrzenia. Przedstawię dzisiaj moją recenzję. Tym razem bez większych spoilerów.
Zanim opiszę fabułę to kilka słów o reżyserze oraz obsadzie. Film stworzył Aaron Kaufman, znany raczej jako producent filmów takich jak: Sin City 2: Damulka warta grzechu (2014),  Szef (2014), Amerykańskie ciacho (2009) czy Maczeta zabija (2013). Jeśli chodzi o aktorów to moją uwagę przykuł Justin Chatwin, który najbardziej znany jest z serialu Shameless, który oglądam na bieżąco. Najbardziej rozpoznawalna twarz to oczywiście Pierce Brosnan.

Sama fabuła opiera się na założeniu weekendowego imprezowania w grupce przyjaciół. Główni bohaterowie znajdują się w ekskluzywnej rezydencji, która jest własnością jednego z przyjaciół. Jest alkohol i pojawiają się narkotyki. Ale nie są one zwyczajnie pojmowanymi narkotykami. Bohaterzy wchodzą do klubu, w którym poznają właściciela/dilera (Pierce Brosnan - który idealnie nadaje się na zmanierowanego i ładnie ubranego dilera wyższych klas), który daje im narkotyk pod jednym warunkiem. Mianowicie mogą go zażyć tylko raz w życiu i film się rozkręca... Wiadomo jednak od samego początku, że zażyją go więcej niż raz...
Co czyni narkotyk "urge" tak wyjątkowym? Po zażyciu go bohaterzy przestają się kontrolować. Niby idealnie pasuje to do narkotyków, ale tytułowy drug wydobywa najskrytsze i najgłębiej skrywany żądze i je uwalnia, powodując totalny chaos i brak jakichkolwiek granic w zachowaniu bohaterów. Założenie ciekawe, ale jak to bywa z narkotykami - uzależniają.
I uzależnienie rządzi w filmie. Na wyspie, na której rozgrywa się cała akcja, dochodzi do różnych dziwnych zdarzeń spowodowanych zażywaniem środka urge, ale nie będę już spoilerował, zobaczcie sami. Większość scen na początku realnych, w które spokojnie mógłbym uwierzyć, później przemienia bohaterów w kompletnie inne osoby, miotane przez podstawowe i pierwotne pragnienia, oraz wydobywające z postaci skrywane lęki oraz kompleksy.
Moje podsumowanie
Fabuła jest dosyć oklepana i szczerze mówiąc niezbyt wiem co chciał przekazać reżyser. Wszyscy wiemy, że narkotyki są złe i nie było w tej formie zbyt dużo nowatorstwa. Ani dosłowne, ani przenośne i dodatkowe znaczenie filmu nie jest zaskakujące. 
Film ogląda się dobrze, jest kilka ciekawych scen i momentów i gdy pomyśli się o autodestrukcyjnym zachowaniu osób uzależnionych lub o zdegenerowaniu ludzi, którzy mogą robić to co chcą to film nabiera jakiejś ramy realności i można wyciągnąć jakieś przesłanie. Film pokazuje również, że każdy z nas ma w sobie jakieś chore pragnienia, kompleksy i lęki, których nie pokazujemy w realnym świecie. Nie jest to film wybitny, ale warto zobaczyć. 
Pozdrawiam
Przemek


Ocena:


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

BOOK TOUR z Bluszczowymi Recenzjami: Lindsey Stirling - Jedyny pirat na imprezie

Cześć,

dzięki Bluszczowym Recenzjom miałam okazję uczestniczyć w kolejnym Book Tour. Książka, którą dziś opiszę jest kolejnym dowodem na to, że nie warto zamykać się na jakieś gatunki literackie, bo możemy się srogo pomylić. Ale o tym już za chwilę.


Autor: Lindsey Stirling
Tytuł: Jedyny pirat na imprezie
Gatunek: biografia
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 296






O czym jest książka?

Książka jest swego rodzaju pamiętnikiem najpopularniejszej youtuberki zeszłego roku, Lindsey Stirling. Dziewczyna z humorem opowiada o swoim dzieciństwie i drodze, jaką przebyła, by stać się rozpoznawalną i robić to, co kocha. 




Moje wrażenia:

Nigdy nie lubiłam autobiografii, a jak zwykle zgłosiłam się do Book Toura nie czytając nawet wzmianki o książce - cała ja. Gdy wzięłam ją do ręki i zobaczyłam, że to biografia - opadły mi ręce i pojawiła się myśl, jak ja to zmęczę. Nie potrzebnie się martwiłam - książkę czyta się świetnie. Historyjki z życia Lindsey okraszone są archiwalnymi fotografiami z jej życia. Książka napisana jest lekko i przyjemnie, ma się wrażenie, jakby słuchało się opowiadania osoby siedzącej tuż obok. I mimo, że po sprawdzeniu na You Tubie - jej utwory nie przypadły mi go gustu, to książka wręcz przeciwnie. Momentami śmiałam się z zabawnych historyjek, innym razem niecierpliwie czekałam na dalszy ciąg, by dowiedzieć się co będzie dalej. Książkę pochłonęłam w dwa wieczory - tylko dlatego, że niezbyt miałam czas, bo inaczej poszłaby pewnie w jeden, tak lekko i szybko się ją czyta. 


Jeszcze raz dziękuję Bluszczowym Recenzjom za możliwość uczestniczenia w Book Tourze, dzięki niemu przekonałam się do nielubianego do tej pory gatunku :) 





Ocena:


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Maria Pierzchała - Dyplomacja od podstaw w opowieściach ekspertów

Cześć,

dziś nietypowa recenzja, bo książki raczej specjalistycznej, chociaż przeciętny zjadacz chleba również dowie się z niej różnych ciekawych informacji.







Autor: Maria Pierzchała


Tytuł: Dyplomacja od podstaw w opowieściach ekspertów
Wydawnictwo: Adam Marszałek
Liczba stron: 200





O czym jest książka?


Książka w przystępny sposób wyjaśnia czym jest dyplomacja, opisuje jej genezę od czasów starożytnych aż do chwili obecnej. Pokazuje, jaką drogą iść, by stać się dyplomatą. Po części teoretycznej następują obszerne wywiady z ekspertami tej dziedziny, które przybliżają nam tematykę jeszcze bardziej. 




Moje wrażenia:


Niepozorna książeczka zawiera w sobie sporo ciekawych i przydatnych informacji. Dowiadujemy się, jak wygląda praca ambasadora od podszewki, z jakimi trudnościami spotyka się na misji. Poznajemy znaczenie tego, jak kontakty turystyczne czy biznesowe przekładają się na renomę danego kraju. Ciekawostką jest rozdział wyjaśniający znaczenie i to, kiedy używamy danych tytułów w stosunkach dyplomatycznych (i nie tylko). Poruszana jest również tematyka savoir-vivre, która przyda się nie tylko dyplomatom ;) Mimo dość specjalistycznej dziedziny książkę czyta się przyjemnie, jest napisana miłym językiem przyjaznym dla laika. Na pewno jest cennym źródłem informacji dla osoby, która swoją ścieżkę kariery widzi właśnie w dyplomacji, ale tak jak napisałam na początku jest również pozycją poszerzającą horyzonty przeciętnego czytelnika.


Okładka nie przypadła mi do gustu, a raczej font, jakiego użyto do tytułu - sprawia wrażenie nieprofesjonalnego. Do reszty nie mogę się przyczepić - papier odpowiedni, okładka wytrzymała, generalnie wydanie książki na plus.






Ocena:



piątek, 12 sierpnia 2016

Filmowy piątek - 183 metry strachu


Cześć!

Witamy dziś na pokładzie Przemka - będzie w piątki recenzował filmy. Również prowadzi bloga, więc na końcu posta dodam kanały do jego socjalmediów, więc łatwo będziecie go mogli znaleźć



Niedawno miałem okazję obejrzeć film 183 metry strachu i podzielę się swoimi wrażeniami. Film w lakoniczny i prosty sposób został opisany na stronie filmweba:

Osamotniona kobieta staje się celem białego rekina.


Większość osób, która wybiera się na taki film. bardzo dobrze wie na czym będzie polegać fabuła filmu. Wystarczy spojrzeć na plakat a wszystko staje się jasne. Osobiście bardzo lubię filmy w których dochodzi do walki z realnym przeciwnikiem, czy to ludźmi czy zwierzętami, bo stwarza to pozory realności danego filmu. Ale jak to bywa w kinematografii, film trzeba czymś wypełnić, a czasem powoduje to sytuację w której dokładnie znamy zakończenie filmu, zanim się on rozpocznie.


Podobnie jest w przypadku 183 metrów strachu. Jest woda, jest surfing, jest ładna surferka oraz zły i niedobry rekin. I jest jeszcze mewa, ale o niej trochę później





.

Film rozpoczyna się od pięknych widoków. Mimo że główna bohaterka opisuje to jako wybrzeża Meksyku, z dziką plażą, która jest znana tylko nielicznym, to w rzeczywistości film nagrywany był w Australii. Pomimo tej nieścisłości, początkowe obrazy nakręcone są w taki sposób, że chce się tam być i wskoczyć do przejrzystej wody, nawet ze świadomością, że w pobliżu pływa żarłacz biały. W filmie zmontowano sporo ciekawych scen pokazujących surfowanie, efekty związane z wyostrzeniem kolorów oraz slow motion, które powodują, że na chwilę zapomina się o samym czyhającym zagrożeniu. Ale po chwilach sielankowych krajobrazów oraz pełnego chilloutu pojawia się główny bohater czyli rekin.

Film mógłby być bardzo dobry, ale scenarzysta niestety rozciągnął walkę z rekinem na tak długi czas, że od mniej więcej od połowy filmu już wiemy, że bohaterka przeżyje i w dramatycznych okolicznościach pokona wielką bestię, mimo że jest tylko drobną blondynką i znajduje się 200 metrów od brzegu i to na zapomnianej przez wszystkich wyspie. Lekko absurdalne, ale zobaczcie sami i oceńcie czy fabuła nie jest przypadkiem zbyt mocno naciągana.

Pojawia się jedna pozytywna postać - mewa. Nancy, czyli nasza bohaterka, opiekuje się nią i z konwersuje z biednym ptakiem. Nawet nadaje jej imię Steven Seaguul (seagull - mewa po ang., brzmi identycznie jak pewien amerykański aktor). Mewa ma złamane skrzydło i moim zdaniem jest najlepszym aktorem w tym filmie i zdecydowanie powinna dostać nagrodę za postać drugoplanową.

Film kończy się mega idiotycznie, ale nie będę spoilerował. Powiem tylko, że nasza bohaterka znajduje w sobie niezniszczalność... Pozostaje lekki niesmak, gdyż film mógł być ciekawym kinem survivalowym, a wyszło jak zwykle i porównywanie tego filmu do sławnych "szczęk" jest idiotyzmem. Mimo tego warto obejrzeć film, przynajmniej jego większą część, dla obrazów, krajobrazów oraz początkowej walki oraz dla mewy Seagull'a.

Reżyserem jest Jaume Collet-Serra, twórca chociażby filmów Tożsamość (2011) czy Sierota (2009) i przez to spodziewałem się czegoś znacznie lepszego. Główna rola przypadła w udziale Blake Lively, znanej przede wszystkim z serialu Gossip Girl (Plotkara) oraz ostatnio próbującej swoich sił w filmach takich jak Wiek Adaline czy Savages.



środa, 27 lipca 2016

Poznajmy się bliżej - TAG



1. Jaki gatunek książki najczęściej wybierasz?
Kryminały ❤ Fajnie, jak przeplata się wątek miłosny, ale nie jest to konieczne.


2.Wolisz książki papierowe, audiobooki czy ebooki?
Tylko papierowe!


3.Jaka książka zrobiła na Tobie największe wrażenie?
Chyba "Korzenie" Haley'a


4.Co najpierw? Książka czy ekranizacja?
Jeśli mam wybór to ekranizacja - nie wkurzam się tak przy oglądaniu, że "w książce było inaczej"


5.Gdzie czytasz?
W łóżku tylko i wyłącznie :)


6.Jaką książkę ostatnio kupiłaś?
Dawno to było, więc nie pamiętam dokładnie, ale był to chyba Nicky Cruz


7.Co czytasz aktualnie? Co przeczytałaś ostatnio? Co zamierzasz przeczytać niebawem?
Aktualnie nie czytam nic, ostatnio przeczytałam "Chłopak na zastępstwo", planów na razie nie mam :)


8.Czy używasz zakładek?
Rzadko, raczej karteluszek niż typowych zakładek.

9.Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Mała Księżniczka ❤, Tajemniczy ogród, Chłopcy ze Starówki - i mogłabym tak długo wymieniać. Moje dzieciństwo kręciło się w okół książek, zwykle zbyt poważnych jak na mój wiek ;)


10.Czy oceniasz książki po okładce?
Czasami :P

11.Czy ulegasz promocjom książkowym na książki?
Nie.


12.Na jaką ekranizację zaplanowaną na rok 2016 czekasz?
Na żadną - nie jestem zbytnią fanką filmów, książki to moje królestwo ;)



13.Jaką książkę powinien przeczytać każdy, bez względu na zainteresowania?
Wspomniane już "Korzenie"


14.Jaka jest Twoja ulubiona książka?
Jest ich zbyt dużo, by je wszystkie tu wymienić.


15.Masz jakieś książkowe postanowienia na 2016?
W tym roku już za późno, ale w przyszłym chcę pobić rekord w ilości przeczytanych książek ;)


16.Autor, którego możesz polecić w ciemno?
Coben ❤


17. Częściej czytasz książki wypożyczone czy wolisz własne zakupy?
Wypożyczam, nie stać mnie na kupowanie codziennie nowej książki :P



piątek, 15 lipca 2016

Book Tour z Wymarzoną Książką: Kasie West - Chłopak na zastępstwo

Cześć, 

book tour wymarzona książka

mimo, iż jestem stosunkowo nowa w książkowej blogosferze, to Wymarzona Książka dała mi szansę na uczestnictwo w organizowanym przez nią Book Tourze. 


Co to jest Book Tour?

Osoba organizująca całą "imprezę" wybiera książkę i przyjmuje zgłoszenia od osób, które chcą ją przeczytać i robi listę. Wysyła książkę do pierwszej osoby z listy, ta ją czyta i wysyła do kolejnej osoby. I tak do obskoczenia całej listy - ostatnia osoba zwraca książkę właścicielowi. Często osoby biorące udział w Book Tour wpisują się na listę utworzoną na pierwszej stronie książki. Taki egzemplarz jest wg mnie później fajną pamiątką :) Za jakiś czas na pewno zorganizuję własny Book Tour, ale teraz pora na opisanie wrażeń z mojego pierwszego :) 



Książka dotarła do mnie bardzo szybko, doskonale wiecie, że mimo wysyłki listem poleconym różnie to z naszą pocztą bywa, ale tym razem stanęła na wysokości zadania i przesyłkę dostarczył mi listonosz już na drugi dzień po wysłaniu. No normalnie ekspres :) 



Czy jestem zadowolona? O tym już za chwile :) 






Autor: Kasie West
Tytuł: Chłopak na zastępstwo
Gatunek: new adults/romans
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 400





O czym jest książka?



Gia jest właśnie w ostatniej klasie liceum. Jest popularna, ma paczkę przyjaciółek a od jakiegoś czasu również chłopaka - studenta. Chwaliła się nim przed przyjaciółkami, i właśnie dziś, na balu maturalnym ma go im przedstawić. Niestety Bradley zrywa z nią na parkingu, tuż przed wejściem na imprezę. Gia nie chce wyjść na kłamczuchę, więc - paradoksalnie - pakuje się w jeszcze większe kłamstwo: prosi obcego chłopaka spotkanego na parkingu, by odegrał rolę jej partnera. W czasie balu widowiskowo ze sobą "zrywają" jednak mimo to ciągnie ich do siebie i nadal się ze sobą spotykają. Co z tego wyniknie?







Moje wrażenia:



Bardzo przypadła mi do gustu zarówno okładka książki, jak i dobór czcionki i papieru - czyta się bardzo przyjemnie. Nie powiem nic nowego, jeśli stwierdzę, że przeczytałam ją w jeden dzień :P

Co do zawartości - jest to typowa książka dla młodzieży, o rozterkach okresu dorastania, problemach z identyfikacją i przynależnością do określonej grupy społecznej. Wraz z Gią odkrywamy, że nie zawsze to, co znane jest najlepsze. Czasem warto wychylić się ze swojej skorupki, poznać nowych ludzi by spojrzeć na swoje dotychczasowe życie inaczej niż do tej pory. Zakończenie szkoły i poznanie Haydena oraz jego siostry staje się dla Gii motorem do zajrzenia w głąb siebie, odkrycia jakie zmiany w niej ostatnio zaszły i kim naprawdę jest.





Ocena:





wtorek, 12 lipca 2016

Halina Rudnicka - Chłopcy ze Starówki

Cześć, 

pozostając w klimatach młodzieżowych chcę Wam dziś opowiedzieć o pewnej książce. Ale najpierw jej-moja historia. Jako dziecko sporo chorowałam, nawet więcej niż sporo. A choroba to  był u mnie czas spędzany na czytaniu książek. Nie zawsze mama miała czas żeby iść mi do biblioteki, więc ratowałam się jedną z książek, które miałyśmy w domu. Większość była dla mnie za poważna, więc te bardziej odpowiednie dla mnie eksploatowałam wciąż od nowa. "Chłopców..." pierwszy raz przeczytałam w 1 klasie podstawówki i średnio dwa razy w roku do niej wracałam. Znam ją prawie na pamięć, wiersze z niej opowiem obudzona w środku nocy. W końcu czytałam ją grubo ponad 10 razy i w swoim życiu pewnie dobrych kilka razy jeszcze wezmę ją do ręki. 




Autor: Halina Rudnicka
Tytuł: Chłopcy ze Starówki
Gatunek: młodzieżowa
Wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
Liczba stron: 256





O czym jest książka?


Schyłek II Wojny Światowej, wojska jeszcze walczą na zachodzie ale Warszawa jest już wolna. Wolna i zniszczona przez lata zawieruchy i okupacji. Jednak mimo ogromnych zniszczeń ludzie do niej wracają, chcą ją odbudować, chcą w niej mieszkać. Wojtek walczył w partyzantce, teraz chce zacząć pracę i kontynuować naukę. Jego rodzice osiedlili się na wsi więc może liczyć tylko na siebie. Wszytko układa się pomyślnie - znajduje pracę jako pomocnik przewoźnika na Wiśle, odbudowująca się szkoła przyjmuje go w szeregi swoich uczniów. Niestety pojawia się również czarny charakter - Niwiński. Jego działania doprowadzają do opuszczenia przez Wojtka spokojnego mieszkania na Saskiej Kępie - chłopak trafia na zrujnowaną Starówkę gdzie spotyka grupkę chłopców, którzy wspólnie mieszkają w ocalałej piwnicy.




Stare Miasto czołami kamienicstoi naprzeciw przemocy,Stare Miasto zdobywa wieniec,Stare Miasto krwią serca broczy,Ale Stare Miasto- to szaniec,barykada wolności i sławy,barykada nie podda się za nic,Stare Miasto to szermierz Warszawy!


Moje wrażenia:


Jak już wspomniałam książkę czytałam wiele, wiele razy. I na pewno sięgnę po nią jeszcze nie raz. To tom, do którego lubię wracać. Rudnicka pięknie odmalowuje przed nami obraz życia w (po)wojennej Warszawie. Walka o przetrwanie, walka o jedzenie - szara codzienność w zrujnowanym mieście.  Autorka raczy nas historyjkami z życia chłopców, opowiada o poszukiwaniu bliskich, odbudowie miasta. Czytając książkę nie raz uśmiejecie się do łez, nie raz otrzecie łzy wzruszenia. 

Książka napisana lekkim i przyjemnym językiem, miło i szybko się czyta - za szybko, bo tak zżywamy się z jej bohaterami, że chciałoby się pozostać z nimi dłużej. 



Ocena:



Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy:

Koniecznie zajrzyj!

Książka: "Jak Cię zabić, kochanie?" Alek Rogoziński

Cześć! Jeśli śledzicie nasz fanpage (i widzieliście WYWIAD ) to wiecie, że Alka uwielbiam! Najpierw trafiłam na jego fanpage, później zapr...

Bądź na bieżąco :)

Ocena

2 3 4 5

Jesteśmy tu:

zBLOGowani.pl

KLIK :)

(Prze)czytane:

Google+