Ostatnio dodane:

sobota, 20 stycznia 2018

Ludzie: Hollywoodzkie seksafery. Ofiara czy prowodyrka?

Cześć!

Temat dzisiejszego wpisu chodził mi po głowie już od dawna. Temat wciąż aktualny, ale przebił się do mediów z podwójną mocą, kiedy to w zeszłym roku rozpętała się afera z Kevinem Spacey'em w roli głównej. Być może nie zgodzicie się ze mną, zapytacie, gdzie tzw. solidarność jajników? Gdzie? Nigdzie! Ja się z nikim nie solidaryzuję tylko ze względu na płeć. Ja oceniam według zachowania, inteligencji, a nie tego, co ktoś nosi w spodniach.


Sprawa molestowania przez Spacey'a kilku kobiet odbiła się głośnym echem jesienią zeszłego roku i co rusz powraca czkawką. Lecz podobne sytuacje nie dotyczą tylko jego, nie dotyczą tylko branży filmowej. Wszędzie, gdzie do głosu dochodzi władza nad losami innych mogą się wydarzyć podobne historie. I dzieją się wciąż, od lat. Czasem do opinii publicznej dotrą szczegóły jakiejś większej afery, jednak gro spraw zamiatanych jest pod dywan. A w jaki sposób są zamiatane? No cóż: odpowiednia kwota przelana na konto "ofiary" potrafi zdziałać cuda.

Nie – żebyśmy się zrozumieli – ja nie bronię osób faktycznie dopuszczających się molestowania, mobbingu czy ogólnie łamania prawa. Takie zachowania zawsze należy karać. Jednak zastanawia mnie jedno. Czemu jedna z drugą nie zgłaszały czyichś nagannych nagannych zachowań od razu, tuż po ich zaistnieniu? Może to całe "molestowanie" nie było niczym innym niż nadstawianiem tyłka w nadziei, że zostanie zauważona, dopuszczona do ciekawej roli? Lub do głosu dochodziła chłodna kalkulacja? "Jestem młoda, nieznana: jakoś trzeba się wybić!", "No przecież chcę dostać tę rolę/kontrakt/(wpisz dowolne)!". Dopóki miały jakiś zysk z milczenia, dawania przyzwolenia: siedziały cicho. Wtedy wszystko było okej, bo hajs i fejm zaczynały się zgadzać. Taka tam czasowa amnezja.


Mija 10, 20 lat, czasem i więcej: i nagle starzejąca się i coraz częściej zapominana aktoreczka czy modelka "przypomina" sobie, że stała jej się taka krzywda. Ja się pytam po raz kolejny – czemu milczałaś wtedy, kiedy to się działo? Okey, jestem w stanie zrozumieć, że pewien procent kobiet potrzebuje czasu, żeby uporać się z jakąś traumą. Ale jak rozpoczyna się nagonka na sprawcę (w nawiązaniu do Spacey'a: sam się do kilku incydentów przyznał, przeprosił), to nagle liczba "pokrzywdzonych" kobiet rośnie lawinowo, w cudowny sposób przypominają sobie, że przecież "do mnie też się dobierał!". Tak, taki hurtowy powrót pamięci. Bo coś można ugrać, bo jedna czy druga przypomni światu o swoim istnieniu. Bo może okaże się, że ktoś będzie skłonny zapłacić przyjemną sumkę za powrót amnezji i wycofanie oskarżeń?

Prawda jest taka, że – niestety – wiele kobiet próbuje ugrać coś na swoim wyglądzie, zainteresowaniu im okazywanym, zamiast po prostu zakasać rękawy i ciężko pracować na to, by zostać zauważoną. No bo po co się wysilać, męczyć przez lata, skoro można wybić się za pomocą jednej czy kilku chwil spędzonych z kimś decyzyjnym?

Nie twierdzę, że nie zdarzają się przypadki prawdziwego molestowania: bo zdarzają się i zdarzać będą. Ale o tym innym razem.



Pozdrawiam,




środa, 17 stycznia 2018

Recenzja książki "Memento. Antologia o życiu i śmierci"

Cześć!
Nowy rok hula na całego, więc czas na nowe recenzje. Tym razem antologia, czyli coś, co trudno ocenić ze względu na mnogość autorów, ale spróbuję ;)



Autor: wielu autorów
Tytuł: Memento. Antologia o życiu i śmierci
Gatunek: różne
Wydawnictwo: RW2010
Liczba stron: 224


O czym jest książka?

O życiu. O śmierci. Spojrzenia różnych osób na te zagadnienia sprawiają, że opowiadania czyta się raz z zapartym tchem, a innym razem ze znudzeniem.

Moje wrażenia:

Memento to jedna z lepszych antologii, które miałam okazję czytać. Przyznam, że podszedł mi temat, zarówno życie jak i śmierć niezmiennie mnie fascynują. Zadziwiające, jak bardzo różni się pogląd autorów na te dwa, najważniejsze dla nas przecież, zagadnienia. Na pewno na wyróżnienie zasługuje opowiadanie Hanny Fronczak "Dorosłość", które przyciągnęło moją uwagę ciekawymi postaciami, wartką fabułą, ciekawym pomysłem. Muszę powiedzieć, że gdy je skończyłam, żałowałam, że nie ma więcej.

(1)
Drugie opowiadanie, które chciałam tutaj wyróżnić, to "Czerwony śnieg" Katarzyny Kowalewskiej. Niebanalne postaci zawieruszone w niesamowitym, prawie nieprawdopodobnym zdarzeniu. Przyroda pokazuje, że potrafi zaskoczyć. I nagle okazuje się, że kiedy możemy coś stracić, nagle okazuje się to dla nas ważne. Interesujące opowiadanie, godne polecenia.
W tym rozdziale podobało mi się także "Siedem procent szans" Joanny Maciejewskiej. Przewrotne, zaskakujące, trzymające w napięciu.
W drugiej części MEMENTO MORI, znów wyróżnia się Hanna Fronczak i Katarzyna Kowalewska. Opowiadanie Kasi jest pełne klimatu, nieco przerażające, wciągające i zaskakujące. Hanna Fronczak wprowadza nas, po raz drugi, w ten sam świat i chociaż "Odwaga" podobała mi się nieco mniej niż dorosłość, to jednak jest dobra. Przyznam, że chętnie przeczytałabym książkę w tym uniwersum tej autorki.

Wymienione przeze mnie opowiadania są moimi ulubionymi. Reszta również była ciekawa, ale przyznam szczerze, że teraz, po kilku dniach od skończenia książki, nie pamiętam ich. Te, o którym pisałam wyżej, zapadły mi w pamięć, a to najlepsza recenzja dla opowiadania.
Memento to antologia, która wyróżnia się spośród innych nie tylko ciekawymi tematami przewodnimi, ale także świetnym piórem niektórych autorów (w sumie w tym wypadku autorek. I bardzo dobrze). Każdy z nich ugryzł temat po swojemu i to jest siła tej antologii - różnorodność!
Nie wszystkie opowiadania przypadły mi do gustu, a niektóre po prostu znudziły. Dlatego oceniam na cztery.




Ocena:



Do napisania,
Patrycja












Źródła:
-----------------------------------------------------------------------

niedziela, 14 stycznia 2018

Książka: : "Gwiezdny pył" Neil Gaiman

Hej!

Ostatnio mam fazę na lekkie i przyjemne opowieści fantasy. Mimo trzydziestki na karku wciąż lubię zanurzyć się w cudowny świat magii, dziwnych stworów i przyjemnie podanych historii, które nie wymagają skupienia, pozwalają zapomnieć o szarej codzienności.
Tak przy okazji – kto z Was ogląda styczniowy maraton HP na Tvn-ie? ;)


Autor: Neil Gaiman
Tytuł: Gwiezdny pył
Gatunek: fantastyka
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 200



O czym jest książka?

Gdzieś w Anglii stoi kamienny mur dzielący nasz nudny, poukładany świat od magicznej Krainy Czarów. Miasteczko, które wzięło od niego nazwę co dziewięć lat ożywa, gdy wiosna sprowadza tłumy odwiedzających, chcących na własne oczy zobaczyć jarmark, podczas którego łączą się oba światy. Dziewięć miesięcy po jednym z jarmarków na teren Muru zostaje podrzucone niemowlę. Tristan trafia pod opiekę ojca i macochy i żyje szczęśliwie przez wiele lat: do czasu gdy rzucona pewnej dziewczynie obietnica popycha go w podróż po Krainie Czarów. Wraz z chłopcem i jego nową towarzyszką zwiedzamy magiczny świat, śledzimy ich przygody. 

Moje wrażenia:

To moje pierwsze spotkanie z Neilem Gaimanem (tak, wiem, wstyd! 😂), ale coś czuję, że nie ostatnie. Historia Tristana opisana jest bardzo przystępnie: szczegółowo, ale bez przynudzania. Magia i przygoda podane w przyjemnej mieszance zawsze u mnie punktują, i tym razem nie było inaczej. A że całość ujęta jest we wciągającej historii, to lektura książki była tym przyjemniejsza. Autor bardzo ciekawie prowadzi narrację, a świat przedstawiony w opowieści jest bardzo przyjemny w odbiorze, chociaż oczywiście nieuniknione są skojarzenia z innymi, znanymi już nam baśniowymi historiami.


Książkę z czystym sumieniem mogę polecić wielbicielom bajkowego fantasy: z pewnością na książce się nie zawiedziecie, a godzin z nią spędzonych na pewno nie uznacie za stracone. Plusem jest na pewno końcówka książki, która potoczyła się inaczej, niż przewidywałam po pierwszych rozdziałach. Powieść Gaimana nie jest pozycją, przy której trzeba myśleć i główkować, jest natomiast idealna na spędzenie odprężającego wieczoru przy kubku z kakaem. 

Ocena:



Do następnego!





czwartek, 11 stycznia 2018

Książka: "Wezwanie" John Grisham

Hej!

Wraz z początkiem roku w naszej ekipie zapanowały wszelkie plagi: pracoholizm, choroby i zbliżający się koniec semestru dzieciaków ;) Ale już wracamy z kolejną recenzją!



Autor:John Grisham
Tytuł: Wezwanie
Gatunek: Kryminał
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 240



O czym jest książka?

Dobre pytanie… Jak w każdej książce Grishama, którą czytałam jest zawarty, mniej lub bardziej rozwinięty prawniczo- sądowy. Ta również tylko, że jest on tu przełożony wątkiem kryminalnym.

Jest to opowieść o dwóch braciach ich losach, które się zetknęły ponownie w momencie śmierci ojca – sędziego o wielkim prestiżu. Obaj synowie na własne życzenie utracili kontakt z ojcem, ponieważ był on niezwykle wymagający i miał sprecyzowane plany co do przyszłości synów. Jednak obaj synowie sprzeciwili się ojcu co było powodem ochłodzenia ich relacji. Jeden został wykładowcą na prestiżowej uczelni, drugi popadał z uzależnienia w uzależnienie. I właściwie tyle wiemy o bohaterach. Wątek kryminalny rozpoczyna sytuacja, gdy syn, który jest wykładowcą znajduje w gabinecie zmarłego ojca kilka milionów dolarów w pudłach kredensu, które nie są nigdzie zgłoszone.


Moje wrażenia:

Pomimo, że w tę historię jest wdrożona akcja, to fabuła rozwija się potwornie powoli. Rzadko mi się zdarza męczyć przy czytaniu, a tu – choć lubię Grishama było ciężko. Już w połowie książki, jak się okazało na końcu, przewidziałam puentę, co mnie zawiodło. Ale wyznaję żelazną zasadę, że daję szanse każdej książce. Ta książka choć moim zdaniem nudnawa i postacie jakoś tak płytko przedstawione, dla każdego fana autora jest do pokonania.

Ocena:

Mi osobiście niezbyt się podobała, bo wlekła się, a później na ramach dwóch rozdziałów- wyjaśnienie, puenta i koniec...
W mojej ocenie niestety 1.









wtorek, 2 stycznia 2018

Muzyka: Gdy rodzisz się ćwierć wieku później.

Cześć!

W opisie bloga już od jakiegoś czasu widnieje wzmianka o muzyce, jednak jakoś tak się złożyło, że do tej pory nie powstał żaden post na ten temat. Przy okazji, po raz kolejny już, wyłamię się z tematyki, która opanowała obecnie blogosferę: wszelkie podsumowania, postanowienia to raczej nie moja bajka. Zwłaszcza, że 2017 rok był dla mnie wyjątkowo kiepski pod względem czytelniczym, i dopiero w jego trzecim kwartale udało mi się przełamać złą passę i niemoc, która mnie opanowała.


Moja przygoda z muzyką zaczęła się równie wcześnie, co z czytaniem. Tato, babcia kupowali mi już jako dwulatce rozmaite kasety (czy ktoś z młodzieży pamięta jeszcze, co to jest/była kaseta?😆). Jedną z pierwszych, jakie pamiętam (i jeszcze gdzieś ją mam) były piosenki w wykonaniu małej Natalki Kukulskiej. Jednak bardzo szybko zaczęłam podkradać kasety będące własnością babci. Polskie hity lat 60, Krzysztof Krawczyk, klimatyczne Lwowskie piosenki z wschodnich kresów (do których nadal mam sentyment) to tylko niektóre z pozycji, jakie słuchałam (i śpiewałam)  jako przedszkolak 😂 Tak, pod tym względem zawsze odstawałam od rówieśników. Zarówno książkowo jak i muzycznie byłam hen, hen daleko przed nimi – duży wpływ na to miało moje otoczenie i charakter: zawsze byłam dojrzalsza od rówieśników, i z reguły większość z nich była dla mnie takimi umysłowymi dzieciaczkami, z którymi nie było o czym rozmawiać. 

Z książkami było po prostu tak, że skromne zapasy wiejskiej, szkolnej biblioteki wystarczyły mi tylko na niewielką część szkoły podstawowej. Już w 3, 4 klasie bibliotekarka z westchnieniem podawała mi pozycje przeznaczone dla ośmioklasistów (których chyba sama nie kojarzyła, bo kto daje 10-latce "Spóźnionych kochanków" Whartona?😁), a niewiele później stwierdziła, że nic już dla mnie nie ma. Muzyka: tu dużą rolę odegrało ciągłe towarzystwo sporo starszego ode mnie kuzynostwa. Gdy rówieśnicy szaleli na punkcie Smerfnych Hitów, ja zachwycałam się piosenkami Super Gut czy Zombie, oraz zespołem The Kelly Family.

Czy jest jakiś gatunek muzyki, którego zupełnie nie toleruję? TAK! Mimo, że do Tatr mam rzut beretem, to wszelkie góralskie śpiewy i tym podobne klimaty to dla mnie najgorsze zło. A kiedy oglądając telewizyjną relację z sylwestrowej imprezy usłyszałam disco polo – ogarnęły mnie mdłości. Poza tym mój gust muzyczny jest bardzo niejednorodny: kocham Niemena i Grechutę, Perfect darzę niezmienną od lat miłością a stary polski hip-hop to spora część moich playlist. 


Wracając do tytułu wpisu: czasem (a nawet dość często), kiedy słyszę obecne "hity", które zazwyczaj odchodzą w zapomnienie po sezonie czy dwóch – wzdycham z nostalgią. "Czemu urodziłam się tak późno?" Zbyt późno, by oglądać wspomnianego Niemena czy Krajewskiego w ich najlepszych latach, za późno, by móc zobaczyć na żywo Ryśka Riedla, Freddy'ego Mercurego czy też świadomie i na bieżąco podglądać rozwój polskiego HH, począwszy od nieśmiertelnego Magika, grającego jeszcze z K44 (choć przy odrobinie dobrej woli już kawałki Franka Kimono z singla wydanego na początku lat osiemdziesiątych miały wiele wspólnego z HH 😋).

Długo mogłabym wymieniać zarówno ulubionych artystów, których większość twórczości wpisuje się w moje gusta, jak i pojedyncze płyty czy piosenki. Naprawdę długo, a sporą część z nich znam na pamięć. 

Tym wprowadzającym wpisem chcę zacząć serię postów. O prawdziwych ikonach muzyki, a nie gwiazdeczkach jednego, wakacyjnego przeboju. O płytach, które na stałe zapisały się w historii muzyki – lub w moim sercu. O piosenkach, do których wciąż wracam, i za każdym razem odkrywam w nich coś nowego. Piosenkach, które są jakby o mnie.

Zakończę ten inaugurujący wpis piosenką, do której mam ogromny sentyment. Bo w paru zdaniach jej tekstu jest zamknięte moje życie. Bo czasem mam wrażenie, że jej słowa napisał ktoś spoglądający na mnie gdzieś z ukrycia.



Do napisania!




Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy:

Koniecznie zajrzyj!

Książka: "Jak Cię zabić, kochanie?" Alek Rogoziński

Cześć! Jeśli śledzicie nasz fanpage (i widzieliście WYWIAD ) to wiecie, że Alka uwielbiam! Najpierw trafiłam na jego fanpage, później zapr...

Bądź na bieżąco :)

Ocena

2 3 4 5

(Prze)czytane:

Google+