Ostatnio dodane:

niedziela, 22 października 2017

Książka: "Mały Książe" Antoine de Saint-Exupéry

Dzień dobry!

Po kilku ciepłych i słonecznych dniach – weekend przywitał nas chmurami, mgłą i ziąbem. Nic, tylko wskoczyć pod kocyk z dobra książką pod ręką. Czy dzisiejsza pozycja okazała się dla mnie "dobra"? O tym przeczytacie niżej!


Autor: Antoine de Saint-Exupéry
Tytuł: Mały książe
Gatunek: młodzieżowa, klasyka
Wydawnictwo: Olesiejuk
Liczba stron: 123


Jakiś czas temu postanowiłam, że końcówka tego roku upłynie u mnie głównie pod szyldem klasyki. Sięgam zarówno po te pozycje, które miałam okazję poznać wiele lat temu, a także zupełne, jak dla mnie (wstyd!) nowości. Dziś więc pozycja, w której zakochałam się bez pamięci jako nastolatka – zaraz się dowiecie, czy i tym razem podbiła moje serce.

Samą książkę kupiłam na jednej ze słynnych promocji w Biedronce, za całe 5 zł 😁Wiadomo, że za takie pieniądze nie można oczekiwać cudów, ale samo wydanie bardzo mi się podoba. Okładka to silna inspiracja oryginalnymi rysunkami autora, ale ma jednak swój niepowtarzalny charakter. Zauroczyło mnie to piękne, gwiaździste niebo oraz przyjemny dla oka font. Samo wnętrze to też coś, co uwielbiam – kremowy (a nie śnieżnobiały) papier ciut gorszej jakości. Wiem, że dla niektórych może to być wadą, ale ja zachwycam się odcieniem i fakturą takiego papieru, ma w sobie "to coś", w przeciwieństwie do sztywnych, idealnie gładkich i bijących po oczach blaskiem bieli kartek w sporej części książek.


Oczywiście we wnętrzu nie zabrakło oryginalnych ilustracji autora, font jest dość duży, więc nawet takie kreciki jak ja mają zapewniony komfort czytania. 

O czym jest książka?

Pierwszoosobowym narratorem książki (a raczej dłuższego opowiadania) jest samotny pilot, awaryjnie lądujący gdzieś wśród bezkresu Sahary. Ograniczone zapasy wody zmuszają go do podjęcia próby samodzielnego naprawienia uszkodzonego samolotu. Jakież jest jego zdziwienie, gdy kolejnego dnia budzi go głos małego chłopca. Spędza z nim jakiś czas, ze zdumieniem i zaciekawieniem słuchając opowieści o planetoidzie, z której Mały Książe przybył, oraz historii i wrażeń ze spotkań z osobami zamieszkującymi inne planetoidy. Chociaż chyba większość z Was już czytała tę pozycję, to nie będę spoilerować szczegółami – po jakimś czasie Mały Książe znika, pozostając jednak w pamięci naszego pilota na zawsze.

Moje wrażenia:


Małego Księcia czytałam... chyba z 15 lat temu, gdzieś w okolicy pierwszej lub drugiej klasy gimnazjum. Po tylu latach oczywiście nie pamiętałam szczegółów, jednak gdzieś w głowie tkwiła mi myśl, że to taka świetna książka, że koniecznie muszę do niej wrócić. Wróciłam, i co? I ten młodzieńczy zachwyt nad nią gdzieś się rozpłynął. Jest to bardziej opowiadanie niż książka – znormalizowanych stron standardowego formatu wychodzi zaledwie koło 40, więc to lektura na kilkanaście minut. Owszem, jest napisana bardzo swobodnie, przystępnie, co z pewnością zachęci młodszego czytelnika. Dla niego też opowiadania Małego Księcia o podróżach mogą zawierać sporo nieodkrytych jeszcze prawd rządzących ludźmi i światem. Jednak z perspektywy osoby dorosłej, która przeżyła już co nie co, to te przypowieści nie wniosą raczej nic nowego w nasze życie i postrzeganie świata. Owszem, trafiamy na kilka zdań, które gdzieś poruszają czułą nutę, chociażby najsłynniejsze chyba zdanie z książeczki:


Ale nadal nie jest to nic odkrywczego – zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy nasze fejsbukowe tablice wciąż zalewane są masą rozmaitych cytatów czy wypowiedzi coatch'ów.
Żeby nie było – nie, nie jest to zła pozycja, niesie ze sobą naprawdę sporo uniwersalnej mądrości: ale mądrości, którą można delikatnie podsuwać i sączyć do głowy dzieciom i nastolatkom, dopiero pomału wkraczającym w życie. Dla osoby dorosłej, a przynajmniej dla mnie, jest to po prostu sympatyczna i lekka lektura, którą możemy sobie urozmaicić przerwę w pracy.
Rozmyślając o Małym Księciu doszłam do wniosku, że duży wpływ na moje wcześniejsze postrzeganie tej pozycji miał fakt, że była to książka omawiana z moim ukochanym polonistą (o którym pisałam Wam ostatnio tutaj). Przekopując zakamarki pamięci stwierdziłam, że omawianie lektury było wówczas niewielkim fragmentem zajęć i punktem wyjścia do znacznie głębszej, i chyba ciekawszej rozmowy o świecie, tym bardziej współczesnym niż ten znany autorowi Małego Księcia.

Jeżeli lubicie sentymentalne podróże w czasie, albo jakimś cudem nie czytaliście jeszcze Małego Księcia, to przeczytanie go nie będzie zmarnowanym czasem. Ja jednak troszkę się zawiodłam, ponieważ mam wiele "swoich" tytułów, do których wracam regularnie, po kilka razy, od ponad 15 lat i mam z ich czytania więcej znacznie więcej frajdy, niż miało to miejsce tym razem.

Ocena:



Do następnego!

środa, 18 października 2017

Film: "Pelts" (Mistrzowie horroru) Dario Argento

Cześć!

Z serią „Mistrzowie horroru” kontakt mam po raz kolejny. Nie zawiodłem się i tym razem...

film Pelts

„Pelts” to jeden z tych filmów, w trakcie których zastanawiasz się „co ja ku*wa oglądam?” a potem rozsiadasz się wygodniej i pociągasz kolejny łyk browara...

O czym jest film Pelt (Mistrzowie Horroru):

Zakochany do szaleństwa w striptizerce właściciel zakładu obróbki skór (w rolę wciela się nie kto inny jak sam Meatloaf His name was Robert Paulsen) wchodzi w posiadanie magicznych skór... szopów praczy.
Jak widać w uniwersum tego filmu są to bardzo, baaardzo cenne futra. Dlatego nasz główny bohater postanawia zrobić z nich odzienie, dzięki któremu zdobędzie sławę i pieniądze. Zamiast sławy będzie krew, flaki, dużo gołych cycków i malownicze samookaleczanie narzędziami krawieckimi. Dodam jeszcze, że reżyserem jest sam Dario Argento ??
Czy komukolwiek lubującemu się w kinie klasy „Z” potrzeba więcej?

Moja opinia:

Film jest solidnie popie*dolony...
Szopy pracze, które okazują się strażnikami prastarego, zniszczonego miasta, w którym to prawdopodobnie były czczone jako bóstwa to jeszcze ch*j... Sceny, w których ludzie po kontakcie z futerkiem szopów zaczynają odpie*dalać chore akcje w stylu zaszywania sobie oczu, nosa i ust lub wkładania twarzy we wnyki na niedźwiedzie -  spoko... Najbardziej creepy jest jednak muzyka. Kiedy oglądamy sceny niepokojącego i lekko erotycznego zachwytu postaci nad tytułowymi futrami, możemy usłyszeć muzykę przypominającą śpiewy małych, uduchowionych szopich aniołków.

Ocena:

Moja ocena dla normalnych ludzi to: 2. Film jest głupi. Fabuła zj*ebana. Efekty nie powalają. Montażystę wy*ebałbym z roboty. Straszne gówno.
Moja ocena dla chorych zwyroli radośnie taplających się w szambie kinematografii:
Wiadomo, że 5! Film jest przaśnie posrany, hektolitry krwi i flaków. No i sam temat! Magiczne szopy wywierające krwawą zemstę na ludziach! Ląduje w tym samym worku, co „Zombeavers” czy „Sharktopus”!
Reasumując: 2+5=7; 7/2= mocne 3






poniedziałek, 16 października 2017

Książka: "Małe życie" Hanya Yanagihara

Dzień dobry bardzo :) 

Z tej strony Patrycja, to mój pierwszy wpis tutaj. Moje recenzje, czysto subiektywne, bywają ostre, ale jedno jest pewne: zawsze są szczere!



Autor: Hanya Yanagihara
Tytuł: Małe życie
Gatunek: literatura piękna
Wydawnictwo: W.A.B
Liczba stron: 816



O czym jest książka?

To jedno z tych trudnych pytań, na które nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Przynajmniej w przypadku tej powieści. Oczywiście mogę napisać, że jest to powieść o trudnym życiu, przyjaźni, traumie, miłości, ale wszystkie te określenia brzmią płytko, ponieważ historia Malcolma, JB, Willema i, przede wszystkim, Jude'a to coś więcej, ale o tym musicie przekonać się sami. Jedno jest pewne: tę książkę albo się kocha, albo się jej nienawidzi.

Moje wrażenia:

Miażdży. Ta książka bierze Twoje kości i zgniata je pomiędzy zębami kartek, a później przeżuwa. Na końcu wypluwa Cię, a Ty czujesz się roztarty w pył. Dawno żaden tekst tak na mnie nie podziałał. Zastanawiam się, co takiego było w tym ponad ośmiuset stronicowym tomiszczu, że zdecydowałam się je kupić. Okładka nawet ładna, ale opis nie zachwycał: „Czterech przyjaciół tuż po zakończeniu studiów przenosi się do Nowego Jorku, aby zacząć nowe życie. Nie mają nic poza swoimi ambicjami. Willem – aspirujący aktor, JB – utalentowany malarz, Malcolm – sfrustrowany architekt, oraz tajemniczy i wycofany Jude, który stanowi dla wszystkich punkt oparcia. (…) Oto poruszająca do głębi opowieść o wielkim mieście, które daje szanse na zapomnienie o przeszłości, i o życiu w bólu, który nie pozwala o nim zapomnieć.” Przyznaję, że mnie nie zachęcił, więc odłożyłam książkę na półkę i poszłam poszukać czegoś innego. Ale wróciłam i ją wzięłam. Wołała mnie, co książkoholicy na pewno zrozumieją. I nie żałuję.

Jest to, po „Atlasie Zbuntowanym”, druga tak wspaniała książka w moim życiu. Książka, która zmienia wszystko. Chociaż z początku nie byłam oczarowana. Pierwsze osiemdziesiąt stron to wdrażanie się w specyficzny styl autorki, poznawanie postaci, oswajanie się ze specyfiką tekstu. A później przepadłam. Czytałam, kiedy tylko mogłam. Do późna w nocy. Karmiąc córkę. Kąpiąc się (ostrożnie!) i jedząc. Nie mogłam przez nią spać, szczególnie ostatniej nocy, kiedy do końca zostało mi zaledwie pięćdziesiąt stron, po wieczorze, podczas którego chlipałam, czytając.


„Małe życie” uzależnia, wciąga, dotyka. To jedna z tych powieści, które chce się skończyć i nie chce jednocześnie. To tekst, który boli, ale też uczy, który raduje i niesie ze sobą podniecenie pomieszane z lękiem. Byłam tam, z Judem, z Willemem, z Malcolmem, JB (którego nie lubiłam), z Haroldem, Julią, Andym. Czułam to, co Jude – umiałam wleźć w jego skórę, poczuć te same obawy, strach. Ta historia jest tak przerażająco nieprawdopodobna, że aż prawdziwa (jakkolwiek zawile to brzmi).

I ta siedemsetna strona (albo coś koło niej), kiedy z niedowierzaniem czytałam kolejne zdania. Uwielbiam, jak coś mnie zaskakuje, jak w książce dzieje się coś takiego, czego się nawet nie domyślam. Tak było tym razem. Autorka w doskonały sposób pokazała coś, o czym zawsze myślałam (nie będę zdradzać za wiele, bo mogłabym popsuć komuś przyjemność z czytania). Szlochałam przez następne sto stron, nie umiałam się uspokoić. Przeżywałam swoistą żałobę po opisanych wydarzeniach.

Nie, to nie jest książka, która ma typowy happy end, a jednak... jest w niej coś budującego. Przyjaźń wysuwa się tutaj na pierwszy plan – dla mnie ta relacja zawsze też była ważna w życiu. Uważam, że to na niej można zbudować najlepsze związki, czy to partnerskie, czy rodzinne (z mamą, tatą czy dziećmi).

„Małe życie” zostaje w głowie. Osiada w mózgu niczym muł na dnie jeziora. Wiem, że będę myśleć o niej przez wiele kolejnych dni. Jestem pewna, że wrócę do niej z przyjemnością wielokrotnie i za każdym razem znajdę coś innego.

Kiedy siadałam do pisania tej recenzji, miałam w głowie milion myśli, które ubrane w słowa, nie wyglądają tak dobrze – nie oddają tego wszystkiego, co czuję. Powieść poruszyła we mnie emocje, wywołała płacz, wzruszyła, rozśmieszyła. Nie widzę jej wad, nawet jeśli jakieś posiada (a na pewno posiada, bo słyszałam różne opinie na jej temat). Ja akceptuję ją taką, jaka jest.

Mogę śmiało powiedzieć, że to książka, która zmieniła moje życie.



Ocena:




Pozdrawiam,

sobota, 14 października 2017

Wokół nas: Dzień Nauczyciela

Dzień Edukacji Narodowej

Początkowo nazwany Dniem Nauczyciela – później przemianowany na Dzień Edukacji Narodowej. Już prawie od pół wieku obchodzimy go właśnie dziś, 14 października, w rocznicę powstania KEN. Choć oficjalną nazwę tego święta zmieniono ponad 30 lat temu, to wciąż w funkcjonuje w naszych rozmowach jako Dzień Nauczyciela.


Nauczyciele bywają różni: niestety trafiają się tacy, których miejsce jest raczej zupełnie gdzie indziej, a pracę z dziećmi czy młodzieżą traktują wręcz jako karę, nie mają do nich podejścia, potrafią sprawić, że nawet ulubiony czy po prostu fajny przedmiot staje się tym znienawidzonym. Ale na szczęście są też tacy, których będziemy wspominać z przyjemnością i rozrzewnieniem do końca życia. I z racji dzisiejszego dnia: pominę milczeniem tych pierwszych, napiszę zaś o kimś, kto na zawsze pozostanie w moim sercu. Ostrzegam – będzie tasiemiec. Ale o pewnych ludziach łatwiej opowiedzieć przytaczając historyjki, niż tylko suche fakty mieszczące się w dwóch zdaniach.

Polonista 

– oprócz nawyków wyniesionych z domu jest jedną z osób, które mają największy wpływ na naszą miłość do książek, i szeroko pojętej kultury. Dlatego – mimo, że miałam szczęście spotkać na swojej drodze kilku wspaniałych nauczycieli – to własnie o pewnym poloniście będzie dzisiejszy wpis. 

Pan Mariusz początkowo uczył w jeszcze ośmioklasowej podstawówce, później trafił do nowo tworzonego gimnazjum (jestem jednym z pierwszych roczników, który po 6 klasie podstawówki trafił właśnie tam). Szczupły, mimo wciąż młodego wieku już lekko szpakowaty, z nieodłącznymi okularami. Był wymagający – ale nie na zasadzie, że wszyscy muszą umieć dokładnie tyle samo: zawsze brał pod uwagę możliwości i umiejętności konkretnego ucznia. Ja należałam do szczęśliwców, którzy nigdy się nie uczyli w domu: w zupełności wystarczało mi to, co wysłuchałam na lekcjach. Dlatego on, znając moje możliwości – ze śmiechem machnął ręką na moje lenistwo i zupełny brak notatek z zajęć. Jedynie czasem z humorem stwierdzał, że oszczędzam na zeszycie, bo miałam w nim jedynie same tematy zajęć i zadania domowe 😜

Wiecie, miałam w klasie paru "orzeszków", których opanowanie i usadzenie na miejscu zazwyczaj graniczyło z cudem. Na lekcjach u P. Mariusza nie było tego problemu: tak, na palcach jednaj ręki mogę policzyć sytuacje, kiedy faktycznie huknął, by uspokoić towarzystwo. Ale zazwyczaj wystarczał fakt, że zaczynał mówić. Cichym, spokojnym głosem opowiadał tak, że każdy słuchał z zaciekawieniem i siedział jak mysz pod miotłą, by przypadkiem nie uronić słowa. 


O jego podejściu do uczniów wiele mówi fakt, jak oni go traktowali, i to, jak on zachowywał się wobec nas. 
Moje wiejskie gimnazjum było bardzo małe: początkowo dojeżdżali do nas jeszcze uczniowie z pobliskiej miejscowości, później zostaliśmy sami. Czyli 1, maksymalnie 2 klasy z rocznika; w niewielkim, zaledwie kilkusalowym budynku, położonym tuż obok dużego, wspólnego z podstawówką boiska. 
W szkole chyba nie było osoby, która nie znałaby rozkładu lekcji naszego polonisty na pamięć – kiedy podjeżdżał swoim Unem lub rowerem pod budynek: już większość szkoły zbierała się przy drzwiach, by się z nim przywitać. Kiedy inni nauczyciele wykorzystywali długa przerwę na wypicie kawy: on często wskakiwał w sportowy strój, korki i brał udział w mini-meczu z chłopakami. Nie traktował nas jak bandy dzieciaków, z góry. Tak planował lekcje, że zawsze byliśmy z materiałem do przodu i zostawał nam czas na inne rzeczy. Czasem humorystyczne opowiastki, czasem poważniejsze rozmowy – nie tylko związane z językiem polskim, czy w ogóle szkołą. 
To dzięki niemu ja, mimo miłości do książek wzbraniająca się przed poezją, poznałam cudowną twórczość Herberta. To dzięki niemu zakochaliśmy się w Katedrze Bagińskiego. 

Takich drobiazgów, które sprawiały, że dał się lubić było mnóstwo. Jednak trzy historie zapamiętam na zawsze. Dwie pierwsze: być może razem ze mną uśmiechniecie się pod nosem 😉 Trzecia... trzecia to zarazem zakończenie tej historii. 

W naszym gimnazjum jedna z sal była na parterze, tuż obok wejścia do niej był zamontowany grzejnik, przy którym zbieraliśmy się na przerwach i przed lekcjami – a zaraz nad nim wisiała gaśnica. Proszkowa gaśnica, która zabezpieczona była małym drucikiem: po jego wyciągnięciu było kilkanaście sekund, by zabezpieczyć ją z powrotem. 
Tego dnia moja klasa zaczynała zajęcia godzinę czy dwie później, ale jak to zazwyczaj bywa zaczęliśmy się schodzić już kilkanaście minut wcześniej. Jedną z ulubionych zabaw części chłopaków było wyciąganie zabezpieczenia gaśnicy i jak najszybsze umieszczanie go na powrót. Był upalny dzień – już nie pamiętam, czy była to końcówka, czy też początek roku szkolnego – więc większość okien była otwarta na oścież. Chłopcy, jak zwykle, stali koło grzejnika i jeden z nich grzebał przy tej nieszczęsnej gaśnicy. Niestety, tym razem sztuczka nie wyszła: zabezpieczenie wypadło mu z rąk i potoczyło się gdzieś w kąt. Odbezpieczona gaśnica huknęła głośno, prawie, że za plecami naszego polonisty, którego biurko stało zaraz koło drzwi – przy okazji rozsiewając biały pył wszędzie. A Pan Mariusz? Zamiast zastanowić się: co się dzieje, jak zadbać o uczniów: jednym susem wyskoczył w panice przez otwarte okno na podwórko 😂

Jedne z zajęć również zapadły mi w pamięć, i wspominam je ze śmiechem. Zwyczajem na jego lekcjach było przygotowywanie jakiegoś tematu przez jednego z uczniów, i prowadzenie danych zajęć przez niego. Ja z koleżanką siedziałyśmy zazwyczaj w ostatniej ławce (jedynie na język polski właśnie przesiadałyśmy się do nie zajętej przez nikogo pierwszej ławki, tuż przy biurku nauczyciela). Tego dnia lekcję prowadziła jedna z koleżanek – Pan Mariusz "przesadził" kolegę siedzącego przede mną do innej ławki, a sam zajął jego miejsce: witając się na początku zajęć podaniem ręki: "Cześć, Mariusz jestem!". Gdzieś w połowie lekcji, jak to często bywało, razem z koleżanką po cichutku zaczęłyśmy wyciągać z plecaka jakieś chipsy. Oczywiście byłyśmy święcie przekonane, że nikt nic nie usłyszał, dopóki on nie odwrócił się z szerokim uśmiechem: "A mi to działy nie dacie?". Po czym bezceremonialnie wpakował rękę do torebki i pozbawił nas połowy opakowania, zażerając się przez kolejne pół lekcji na równi z nami 😋
A czy ktoś pamięta te stare, kanciaste krzesła? To pewnie kojarzycie, że za plecami osoby siedzącej zawsze zostawało troszkę wolnej przestrzeni. Ja radośnie korzystałam z tego faktu, notorycznie wyciągając nogi przed siebie i opierając stopy właśnie tam, na krześle kolegi. Tego dnia – zupełnie odruchowo – zrobiłam dokładnie to samo, zupełnie nie zwracając uwagi na fakt, że przecież dzisiaj siedzi tam Pan od polskiego. Nie, nawet czubkiem palca go nie dotknęłam 😁 Ale on nie omieszkał podejść do sprawy z humorem, przy okazji wprawiając w totalną konsternację dziewczynę prowadzącą lekcje. Zupełnie bez słowa podniósł do góry rękę, w geście przedszkolaka zgłaszającego się do odpowiedzi. Koleżanka zupełnie zgłupiała, spaliła cegłę, i dość długo ignorowała tę wyciągniętą rękę. Minęło 5, 10 minut, a jego ręka nadal w górze, nadal bez słowa – więc dziewczyna chcąc–nie chcąc musiała w końcu zapytać o co chodzi. "Proszę Pani, bo ona mnie kopie! Czy może Pani coś z tym zrobić?" 😅

Uczył mnie w pierwszej i drugiej klasie gimnazjum. W trzeciej – już nie. Zakończenie roku w drugiej klasie przebiegło jak zwykle, wakacje jak to wakacje. Tuż obok mnie mieszkały moje dwie rówieśniczki – co istotne w tej historii: jedna z nich jest córką nauczycielki, więc poprzez matkę nawet w wakacje wiedziała, co w sprawach szkolnych piszczy, czy szykują się jakieś zmiany itp. Dość długo byłyśmy praktycznie nierozłączną trójcą, ale tego lata – jak to nastolatki – pokłóciłyśmy się o jakąś bzdurę. 
Większość wakacji spędzałyśmy więc razem z tą drugą koleżanką, przesiadując u siebie nawzajem całymi dniami, razem chodząc na spacery. Dosłownie kilkanaście dni przed tym dniem własnie na spacerze spotkałyśmy Pana Mariusza, gdy rowerkiem przemierzał okolicę. Był jak zawsze: uśmiechnięty, pogadany. Opowiadał o planach wakacyjnych, wyjeździe za granicę. Ten dzień był dniem moich urodzin, jak się chwile później okazało: najgorszych urodzin, jakie do tego pory przeżyłam. Razem z koleżanką wygrzewałyśmy się do słonka na jej podwórku i paplałyśmy o głupotach. Nagle ze zdziwieniem zauważyłyśmy, że idzie do nas "ta trzecia". Nasze zaintrygowanie wzrosło, kiedy się zbliżyła i zobaczyłyśmy ją wyraźniej: niedowierzanie i smutek bijące z jej twarzy sprawiły, że od razu poczułyśmy, że coś się stało
Tak... dzień wcześniej Pan Mariusz odszedł. Pożegnał się z nami, ze światem, zostawiając po sobie wiersz, wyryty na ciemnoszarym granicie jego nagrobka:

Przyszedł po niego we mgle,
znad wielkiej rzeki.
Miał migdałowe oczy, błękitną melodię głosu,
tę z przed tysięcy lat.
Spotkali się na łące jego dzieciństwa,
w raju przecudownym.


Jak to wśród dzieciaków, w szkole – teorii i plotek krążyło wiele. Ale dla mnie zawsze pozostanie najlepszym nauczycielem, jakiego dane było mi poznać. 


Żeby nie kończyć takim ponurym akcentem – Dzień Nauczyciela, to nie tylko dzień polonisty. Zarówno w podstawówce jak i gimnazjum miałam wspaniałe matematyczki. Panią Ewę, której też już niestety nie ma z nami, oraz Panią Anitę. 
Pan od historii (a czasami i od innych przedmiotów) to już materiał na kolejnego tasiemca 😁 Dzięki jego opowieściom – cyferki, daty były niestraszne: a gdy mieliśmy ochotę na luźniejszą lekcję, to bezczelnie wysyłaliśmy do pierwszej ławki kolegę, który miał zeszyt we wzór modeli samolotowych. Bo modelarstwo było (i z tego co wiem: nadal jest) jednym z koników Pana Jacka, więc wystarczyło, że rzucił okiem na coś związanego z tym tematem, i zupełnie odchodził od programu zajęć. Jasne, nadal było historycznie – ale opowiadał z taką pasją, że mimo wszystko słuchaliśmy jak zaczarowani, i zawsze coś w głowach zostawało 😊

Tak więc (bezczelnie pozwolę sobie na małą uszczypliwość): wszystkim nauczycielom życzę wytrwałości i cierpliwości do uczniów! A tym Nauczycielom, którzy naprawdę spełniają się w tym zawodzie i wkładają w pracę nie tylko czas, ale i całe serce – dziękuję! 

Bo niektórzy bywają  nauczycielami; w godzinach pracy. A niektórzy (na szczęście) są nimi z powołania, i to własnie dzięki nim szkoła i nauka przestają być obowiązkiem, a stają się przyjemnością. Oby Was było coraz więcej!



środa, 11 października 2017

Film: To/It (2017)

Cytując głównego bohatera gier Ghotic: "Cześć, jestem tu nowy!"
A tak na serio – co tu robię? Sam nie wiem. Chciałbym tylko abyście wiedzieli, że to, co tu piszę to tylko moja opinia... opinie innych mam w du...


Reżyser: Andy Muschietti
Tytuł: To (It)
Gatunek: horror, przygodowy
Czas trwania: 2h 15m

O czym jest film TO

Młody mężczyzna ma 24 godziny, aby uzbierać pieniądze na operację chorego dalmatyńczyka, którego największym marzeniem jest występować w chórze Aleksandrova

Dobra, bądźmy poważni: czy jest jeszcze na świecie ktoś, kto nie wie o czym jest ten film? 
No ok... 
Grupa dzieciaków z niewielkiego miasteczka w Stanach zaczyna widzieć dziwne rzeczy (nie, to nie jest kolejny film o hipisach). Wizje zazwyczaj dotyczą ich największych lęków. Jeden widzi pożar, ktoś inny krew rozlewającą się po całej łazience, jeszcze ktoś inny urzędnika z urzędu skarbowego... a nie, zaraz, to akurat mój największy lęk... Żeby było zabawniej, wszystkie te makabryczne widziadła są dostrzegalne WYŁĄCZNIE dla naszych dwunastoletnich bohaterów. Nasza dzielna drużyna dowiaduje się, iż co 27 lat z ich miasteczka znikają dzieci, które nigdy już się nie odnajdują. Winnym tych sytuacji okazuje się istota zła i plugawa, ukazująca się dzieciom pod postacią klauna. Banda smarkaczy zamiast srać po gaciach, jak podpowiadałaby logika, postanawia zmierzyć się z potworem. Brawo kur*a, dobry plan... 


Moja opinia? 

Cóż, czekałem na ten film od zeszłego roku, kiedy to pojawiły się pierwsze zapowiedzi. Wiedziałem, iż filmowe adaptacje powieści Kinga to często ciężka orka. Prawie tak ciężka, jak czytanie książek autora. Dlatego byłem ciekaw, czy reżyserowi uda się skleić coś przyswajalnego. Kolejnym tytanem, z którym przyszło się mierzyć twórcom, był starszy braciszek z 1990 r., który dla wielu stał się kanoniczny, między innymi dzięki doskonałej kreacji głównego antagonisty, w którego wcielił się Tim Curry. 
I co? I jestem kur*a zachwycony. Dlaczego? Ponieważ film IT dostarczył mi ponad 2 godziny bezwstydnej rozrywki. Nie jest to może kino, które zmusza widza do głębokich refleksji czy do usilnych prób poskładania wszystkiego w jedną całość. I to jest w nim najpiękniejsze. Rozrywka po całości. W kinie obok mnie siedział koleś z amebą w słoiczku. I ameba też doskonale się bawiła, ponieważ do obejrzenia tego filmu naprawdę NIE POTRZEBA MÓZGU! Widz wszystko dostaje na tacy z dużą colą i potężnym amerykańskim hamburgerem. Doskonała gra aktorska, choć może odrobinkę nietrafiony casting. Dzieciaki chodzą do tej samej klasy, ale na pierwszy rzut oka widać, że jest między nimi kilka dobrych lat różnicy. Po za tym aktorka wcielająca się w jedyną dziewczynę w ekipie "Looserów" próbuje być trochę zbyt sexy, co w ogóle by mi nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, iż jej bohaterka ma... 12 lat. 


Ocena:



Dlaczego? Świetna gra aktorska, świetnie zachowany klimat, i Klaun który naprawdę urywa dupę! Polecam 💣







Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy:

Bądź na bieżąco :)

Ocena

2 3 4 5

Przeczytałam:

Google+