Ostatnio dodane:

środa, 18 kwietnia 2018

Książka "Pierwszy róg" Richard Schwartz

Dzień dobry!



Autor: Richard Schwartz
Tytuł: Pierwszy róg
Gatunek: fantasy
Wydawnictwo: Initium
Liczba stron: 464






O czym jest książka?

Zasypana gospoda w górach dalekiej Północy gości interesujących przybyszów. Starego Havalda, czarodziejkę Leandrę, bandę łupieżców i mroczną elfkę. Nie każdy okazuje się być tym, za kogo się podawał. Jakie tajemnice skrywają przebywający tam ludzie? Czy zamknięcie na tak małej przestrzeni doprowadzi do konfliktów i ktoś zginie?


Moje wrażenia:

Niewiele można napisać o tak dobrej książce. Wychwalać pod niebiosa i zachęcać do przeczytania? - Tak, zdecydowanie. Akcja, mimo małej przestrzeni, na której się rozgrywa, biegnie do przodu. Ciągle coś się dzieje, a liczne wątki (w tym również miłosny, co doskonale pasowało do całości) przeplatają się i łączą. Dialogi są soczyste, postaci świetnie wykreowane, zarysowane grubymi kreskami, charakterne - jednym słowem takie, jak lubię.
Atmosfera gęstnieje z każdym dniem, z każdą przewróconą kartką. Historia zasysa czytelnika w siebie, wciąga, uzależnia. Wychodzą na jaw postępki gości, ich mroczne tajemnice. Okazuje się, że nie wszyscy przebywają w gospodzie przypadkiem… Sekret goni sekret, a ich rozwiązanie nie jest banalne i tak proste, jak mogłoby się wydawać. Zaskakujące twisty zapewniają świetną zabawę, szczególnie pod koniec.
Łyknęłam książkę w ekspresowym tempie. Autor po mistrzowsku prowadzi swoje postaci, ale nie waha się także zabijać. W tej powieści wszystko jest zrównoważone, doskonałe, mroczne i soczyste. Dawno nie odprężyłam się tak bardzo przy powieści. Pierwszy róg to uczta i już nie mogę doczekać się kolejnego tomu!


Ocena:

 








sobota, 14 kwietnia 2018

Książka: Bajka z dzieciństwa (książka) - wpis gościnny!

Cześć! 

Dzisiaj trochę nietypowo: zaprosiłam znajomych blogerów do podzielenia się swoim wspomnieniem z dzieciństwa. Pierwsza książka, jaką zapamiętali? Co sprawiło, że to właśnie ona utkwiła im w głowie? 


Jako pierwszego zapraszam na pokład Sebastiana z bloga Zaczytany w książkach:


Gdy słyszę słowo „dzieciństwo”, to na myśl przychodzi mi od razu książka „Lew, czarownica i stara szafa”. Dzięki niej oderwałem się od nudnego współczesnego świata i przeniosłem się do miejsca, gdzie wszystko jest możliwe. Pokazuje ona między innymi, że w rodzeństwie siła. Uczy wytrwałości, wzajemnej pomocy czy tolerancji. Ale przede wszystkim rozwija wyobraźnię! Uwielbiam tę powieść za styl i narratora, którego od początku polubiłem. Spodobał mi się także wykreowany przez autora świat będący pełen tajemnic i niebezpieczeństw. W wakacje ponownie przeczytałem „Lwa, czarownicę i starą szafę” i planuję zrobić to jeszcze raz na trzydzieste urodziny. Polecam ten utwór każdemu, kto chce przeżyć niezapomnianą przygodę!





Kolejną osobą, która zgodziła się napisać kilka zdań jest Mama na wypasie:
Po raz pierwszy z "Kubusiem Puchatkiem" zetknęłam się za sprawą moje dziadka, kiedy spędzałam u nich kolejny weekend. Znudzona, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Wówczas dziadek wyjął podniszczony egzemplarz Kubusia Puchatka, mówiąc: "gwarantuję Ci, że nie rozstaniesz się z tą książką." I miał rację! 
Od pierwszych stron przepadłam. Opowieść o Misiu z małym rozumkiem i jego kompanach zrobiła na mnie duże wrażenie. Przygody gromadki przyjaciół były bardzo radosne, a te z pozoru smutne zawsze dobrze się kończyły. Nawet pomimo malkontenctwa Kłapouchego, zrzędzenia Królika czy nieuwagi Tygryska, zawsze udawało się przyjaciołom znaleźć wyjście z opresji. Wszystkie przygody Puchatka były zabawne i dostarczały sporej dawki śmiechu. Kubuś Puchatek pokazał mi zupełnie inny świat, świat w którym dobro wygrywa, a przyjaźń jest najważniejsza. Nieważne kim jesteś, przyjaciel zawze znajdzie dla Ciebie czas i zawsze wysłucha, a w razie kłopotów pomoże. Bohaterowie Kubusia Puchatka mają niezwykłe poczucie humoru. Jest to dowcip uniwersalny, absurdalny, ale paradoksalnie niezwykle logiczny i właśnie w tym tkwi źródło jego wyjątkowości. 
"Kubuś Puchatek" zrobił na mnie duże wrażenie, przede wszystkim prostotą rozumowania, humorem, niezwykłą galerią postaci. To książka, do której wracam często. Kiedy jest mi źle czy smutno, bohaterowie ze Stumilowego Lasu potrafią poprawić mi humor.



Ostatnim gościem jest Ewelina czyli Blair:


Pierwsza książka w dzieciństwie, którą przeczytałam samodzielnie i pamiętam do dziś, to „Tomek Kociak” Beatrix Potter. Nie wiem czy ktoś pamięta takie małe białe książeczki o zwierzątkach. Przeczytałam wszystkie, które były w mojej bibliotece, ale Tomek Kociak był absolutnie wyjątkowy. Za każdym razem, gdy musiałam oddać książkę do biblioteki, od razu wypożyczałam ją ponownie.
Tomek był największym urwisem z całego rodzeństwa. Uwielbiał psoty i był niezwykle urokliwy. Do tego wyglądał zabawnie, co świetnie oddawały ilustracje. W dorosłym życiu nie pamiętałam już dokładnie treści tej książki, ale jak zobaczyłam w księgarni nowe wydanie Powiastek Beatrix Poter, w którym zebrano wszystkie te małe książeczki z oryginalnymi ilustracjami, to oczywiście od razu je kupiłam. Kupiłam egzemplarz również Przyjaciółce, która uwielbiała Królika Piotrusia, a dziś sama ma małą córeczkę.
Żadna z nas nie pamiętała jednak treści tych książeczek, więc trochę nas zaskoczyło, gdy czytałyśmy np. o przerabianiu taty królika na pasztet ;)
W ramach ciekawostki warto wiedzieć, że w tym roku do kin wchodzi „Piotruś Królik”, który jest ekranizacją właśnie jednej z powiastek Beatrix Potter.  To dobry pretekst na powrót do lat dziecięcych J


A na sam koniec parę słów od naszego niezastąpionego Seby:


Pierwsza książka, którą przeczytałem… O czym była? O małym rudym gnojku, który rolował wszystkich na około, by na końcu (w ramach moralnej nauki na zakończenie) zebrać łomot od niedźwiedzia. Z perspektywy czasu okazuje się w przewrotny sposób zabawne, że wykorzystywanie znajomych (czy to dzięki ich głupocie, naiwności czy "dobremu sercu") jest godne potępienia, za to spuszczanie wpie*dolu mniejszym i słabszym od siebie jest całkiem spoko (i pojawiło się pokolenie "bo w zupie była zasłona"). Dziś uważam, że ta książka to piramidalna bzdura, pokazująca dzieciom zaburzony obraz rzeczywistości: osoba cwana i potrafiąca dobrze kombinować kończy źle. Prawdopodobnie to właśnie ta lektura sprawiła, iż zamiast wciągać kokainę złotą rurką na pokładzie prywatnego odrzutowca, muszę chodzić do pracy, wylewając frustrację na łamach recenzji, których nikt nie czyta. Dlaczego więc tak dobrze zapamiętałem „Liska…”? Z powodu pewnego domowego rytuału z czasów dzieciństwa. Otóż codziennie wieczorem szedłem do pokoju, w którym znajdowała się domowa biblioteczka i razem z Tatą czytaliśmy książkę po kawałku. Zasada była prosta. Jedną kartkę ja, dwie kartki Tata. Książka była słaba. Niewiele w niej było zwrotów akcji. Fabuła była płytka. Postacie papierowe i bez wyrazu. Dialogi – daj Pan spokój... Dlaczego więc ta lektura była taka ważna? Bo były to moje pierwsze kroki w świecie nałogowego czytania. Było to budzenie mojej miłości do książek. Jednak przede wszystkim był to fantastyczny czas spędzony z Ojcem... Dzięki Tato.





A Wasza naj-pierwsza książka z dzieciństwa to...? 










środa, 11 kwietnia 2018

Książka: "Achaja" Andrzej Ziemiański

Cześć!
Dzisiaj parę słów o czymś, co ktoś nazwał "książką", "powieścią". Yyyyy... No nie, nie mogę obrażać prawdziwych Pisarzy porównując ten twór do prawdziwych książek.

Po czym poznać gówno? Zazwyczaj nie stanowi to problemu. Czasem większy, czasem mniejszy, czasem twardszy, czasem bardziej miękki kawałek (zazwyczaj) brązowej materii o nieprzyjemnym (dla większości ludzi), intensywnym zapachu. Jeśli nie jesteś do końca pewny, czy to na co patrzysz jest gównem - zawsze możesz nieco skosztować (tak jak te dwie biedne dziewczyny, które miały tylko jeden kubek), choć sam nigdy nie sprawdzałem. Dlaczego taki wstęp? Chodzi mi o to, że gówno zazwyczaj jest uczciwe w swojej "gównowatości". Gówno zazwyczaj zna swoją wartość i nie próbuje udawać, że jest kawałkiem ciastka czekoladowego. Zazwyczaj gówno daje się rozpoznać na pierwszy rzut oka i nie przeszkadza mu fakt, że nie jest szczególnie lubiane, czy zapraszane na spotkania towarzyskie. Zna swoje miejsce i dobrze mu z tym (chyba).

Co jednak, jeśli gówno uformowane jest w kształt tabliczki czekolady? Owinięte w nienaganną folijkę? Podstępnie ukryte w opakowaniu naszego ulubionego smakołyku? Co w sytuacji, w której odłamujesz ponętny kwadracik, ciesząc się z nadciągającej przyjemności, a w twoich ustach ląduje kawał stolca?


I to właśnie jest "Achaja". Jedna z niewielu książek, których nie udało mi się dokończyć...



Autor: Andrzej Ziemiański
Tytuł: Achaja
Gatunek: fantasy
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 688

O czym jest książka?

Książka opowiada o perypetiach tytułowej bohaterki: Achai, córki Archentara, arcyksięcia królestwa Troy, która dostaje powołanie do woja. Jest co najmniej 1000 sposobów, jak owego losu uniknąć (opisanych zresztą w książce), jednak honor rodu bla bla bla, Achaja idzie w kamasze. W międzyczasie poznajemy przygody Syriusa, płatnego zabójcy na zlecenie i jeszcze przygody maga który podróżuje do zakazanych ziem...

Moje wrażenia:

Do tej pory zadaję sobie pytanie: DLACZEGO sięgnąłem po tę książkę. Prawdopodobnie jeśli czytałbym ją w kiblu, to po pierwszych paru rozdziałach odłożyłbym ją i sięgnął po szampon czy butelkę Domestosa. Dlaczego „Achaja” jest taka zła? Bo autor ma w dupie postaci i co rozdział pisze je na nowo. Lub tworzy je w taki sposób, że nie ma to kompletnie jakiegokolwiek sensu! Przykład:

Archentar - ojciec Achai, arcyksiążę królestwa Troy. Jest dumny z córki i bardzo ją kocha. Odczuwa zadowolenie, gdy jego piętnastoletnia pociecha w bardzo inteligentny sposób "gasi" starszych od siebie oraz, zdawać by się mogło, bardziej doświadczonych rozmówców. Żałuje, że Achaja nie jest synem, co uniemożliwia jej dziedziczenie tytułu. Jest mu z tego powodu przykro, jednak strasznie kocha córkę. Jednocześnie jej... nienawidzi. Zmusza do wykonywania najbardziej podłych czynności, mających na celu upokorzenie naszej bohaterki. Karze ją za zachowanie, które wcześniej było dla niego powodem do dumy. Kocha, za chwilę z niejasnych przyczyn nienawidzi z takim samym natężeniem. Autorze?! Czy Ciebie do reszty pojebało? Może autor nie zna relacji rodzic-dziecko z perspektywy rodzica, jednak tutaj poleciał po grubości.
Syrius - (Bez)błędny rycerz, który pojawia się w karczmie, krzycząc, że jest rycerzem, który zabija potwory (wszyscy wiedzą, że potworów nie ma). Karczmarz od razu wie, kim jest przybysz, więc zleca mu zabicie piekarza bo (Uwaga. To nie żarty. Tak stoi w książce) ten mu "kiedyś zawinił". Syrius jak stał, tak rzuca się zabić piekarza. Bez planu, bez pomysłu, bez przygotowania. Włazi po jakimś słupie, zakrada się przez okno, choć z tyłu są otwarte drzwi. Zabija piekarza, jednak oszczędza jego żonę, dzieci i nie zabiera niczego wartościowego z domu, chociaż generalnie jest biedny jak mysz kościelna. Kilka chwil później zabija Rycerza Zakonu (w tym świecie to najbardziej przejebani wojownicy, z jakimi można się spotkać) bo NIE WIE kim są Rycerze Zakonu i NIE MA ŚWIADOMOŚCI, że są niezwyciężeni... serio. Dodatkowo autor strasznie się jara tą postacią, bo on nie jest zły... jest dobry, a jedynie AMORALNY i nie rozumie, że to, co robi jest złe.



No i zgniła wisienka na wielkim torcie ulepionym z gówna...
Achaja - córka Archentara kurwa WE WSZYSTKIM NAJLEPSZA!!! W mieczu, we włóczni, w łuku, w tarczy, w kopii, w filozofii, matematyce, poezji, śpiewie, w kurwa wszystkim... Swoimi umiejętnościami dalece wyprzedza możliwości chłopców w swoim wieku i ma najlepszych nauczycieli (zapamiętajcie to, bo to bardzo ważne).
Też Achaja - miła, spokojna, pokorna dziewczyna, obdarzona (cóż za przypadek!) niesamowitą inteligencją. Dystyngowana panienka z dobrego domu, której niczego nie brakuje, jednak wrodzona skromność sprawia, iż nie podkreśla na każdym kroku swojej wyższości nad... chwila, zaraz... Achaja z I rozdziału to ta sama Achaja co w rozdziale III? Ach... ok. Dobra. Wszystkie wymienione powyżej cechy łączą się w tyleż nierealny, co dość rozpowszechniony typ bohaterki, nazywany Mary Sue. Tylko, że Achaja za chwilę zmieni osobowość. Nieoczekiwanie w rozdziale III okazuje się, że Achaja to bezczelna, rozkapryszona, wulgarna i pełna pretensji dziewucha, która "nie będzie tego robiła" albo "nie będzie tego nosiła" lub "dlaczego ten cham (jej dowódca) ma czelność się do niej odzywać" i "kiedy podstawią jej wóz? No chyba nie będzie szła jak hołota?". Serio... z miłej, skromnej, PONADPRZECIĘTNIE inteligentnej dziewczyny z wyższych sfer dostajemy dresiarę spod bloku. Wyobraźcie sobie taką blond tlenioną niunię w za ciasnej koszulce, żującą gumę, bywalczynię solarium z jebitnie różowym błyszczykiem na ustach, powtarzającą co rusz "O Jesssu...". Czy to aby na pewno Achaja? Nie wiadomo. Trzy kolejne rozdziały później następna zmiana: teraz nasza bohaterka to ostra żyleta, objaśniająca dwóm dziesiętnikom, jakie właśnie wykonywane są manewry na polu walki i do czego dążą dowódcy... Za tymi przemianami nie stoi złożoność charakteru, celowa gra, reakcja na wydarzenia. Bohaterka po prostu swobodnie zmienia osobowość na taką, jaka autorowi pasuje do aktualnej sceny.

Czy tylko bohaterowie są napisani piórem maczanym w stolcu? Niekoniecznie. Fabuła w żywe oczy kpi z inteligencji czytelnika. Jednym z głównych wątków fabularnych jest wojna pomiędzy Achają (15l.) oraz jej macochą (14l.). Do kwestii wieku wrócę później. Macocha Achai jest drugą żoną Archentara. Matka małego dziecka (syna), która martwi się o to, kto zostanie dziedzicem i spadkobiercą (Chwila! Książko! Czy nie powiedziałaś nam w pierwszym rozdziale, że Achaja nie może dziedziczyć ze względu na płeć?). Knuje więc spisek. Jako kobieta z rodu szlacheckiego należy do rodziny, która ma w wojsku "swoich ludzi" i nasza antagonistka postanawia to wykorzystać. I tutaj konkurs! Jak planuje pozbyć się Achai:
  • Achaja zostanie otruta na jednostce.
  • Któryś z ludzi ojca macochy zabije Achaję i upozoruje wypadek.
  • Rodzina macochy Achai doprowadzi do wojny pomiędzy dwoma państwami tylko po to, aby Achaja zginęła w bitwie lub dostała się do niewoli.


Chyba już zgadliście. Rodzina macochy poci się i sra pod siebie, że członek ich rodu może, moooże (bo tylu konkurentów do dziedzictwa) zostanie Arcyksięciem. Jako czytelnik zadaję sobie pytanie: czy to serio takie istotne? Skoro moja rodzina jest na tyle potężna, iż może przełamać pakty o tymczasowej nieagresji, dogadać się z wrogiem (Tak! Autor sugeruje, że było to zaplanowane wspólnie z przeciwną stroną) i doprowadzić do bitwy, w której ginie tysiąc obywateli twojego kraju, a drugie tyle trafia do niewoli…
Brawo książko... to ma tyle sensu co wycieranie ciała pod wodą.

Niepokojące jest podejście autora do naszych bohaterek. Achaja lat piętnaście. Autor już przy pierwszym naszym z nią spotkaniu raczy nas opisami jej idealnych pośladków i dużych, jędrnych piersi. W zasadzie nie ma w tym nic złego, przecież mam świadomość, iż piętnastolatki mogą mieć idealne pośladki i duże jędrne piersi. Zaczyna to być jednak niepokojące, jeśli autor przypomina o tym, kiedy tylko ma okazję. I dostajemy sceny, w których:
Macocha obserwuje nagie, idealne ciało Achai (mlask) i jej duże piersi, i idealnie różowe sutki (mlask). Chciałaby je wychłostać (mlask).
Lub:
Ta zbroja rzemieniowa jest taka ciasna! (mlask) Różowe sutki Achai (15l., mlask) boleśnie ocierają się o zbyt ciasną zbroję. Lub dostają się między rzemienie, powodując jeszcze większy ból nabrzmiałych brodawek (mlask).

Tego jest naprawdę w opór! Do wyboru, do koloru. Zazwyczaj są to sceny o zabarwieniu (lekko albo i nie) sadomasochistycznym. Za każdym razem, kiedy widzimy Achaję nago, to musi być upokorzona albo torturowana w taki czy inny sposób. I odwrotnie: upokorzenie czy kara równa się obnażenie bohaterki. Macocha (14l.) na naszych oczach osiąga orgazm podczas psychicznego i fizycznego pastwienia się nad pasierbicą. Ok, powiedzmy, że jest to postać o skłonnościach sadystycznych, taka wizja autora. Jednak czternastoletnia dziewczyna przedstawiona jest jak sfrustrowana, stara baba z twarzą pokrytą zmarszczkami i obwisłymi cyckami. Zazdrości Achai wielkich piersi (mlask) (jakby ktoś jeszcze nie zauważył, Achaja ma WIELKIE piersi). Obchodzi ją dookoła i przygląda się jej idealnemu ciału (było już o wielkich piersiach?).
Czytając niektóre sceny oczami wyobraźni widziałem pisarza. Nerd z nadwagą i niezdrową cerą. Wielkie okulary na nosie. Na otyłym cielsku poplamiony tłuszczem podkoszulek. Majtki spuszczone do kostek, a nasz autor opisuje (mlask) kolejne (mlask) przygody (mlask) naszej bohaterki. Okazuje się, że Pan Andrzej Ziemiański wygląda zgoła inaczej, jednak w moim wyobrażeniu już zawsze będzie tłustym oblechem.

Wróćmy jednak do Achai i wojska. W tym uniwersum KAŻDY niezależnie od płci i statusu społecznego musi przejść obowiązkową służbę wojskową. Książka sugeruje, że jak za łapówkę wręczoną odpowiednim osobom można wysłać kogoś innego zamiast swojego dziecka. Jednak nie w tym rzecz. Ja w wojsku nie byłem (A" Na stałe przeniesiony do rezerwy. Chwała dzielnym rezerwistom!) Jednak znam absurdy rządzące wojskiem. Dlaczego? Znam ludzi, którzy w wojsku byli i zdążyłem się nasłuchać. O "koceniu", o "kocówach", o "starym wojsku" i "młodym wojsku" i o innych mniej czy bardziej absurdalnych sytuacjach. Muszę również przyznać, że ilość moich znajomych, którzy byli w wojsku jest naprawdę niewielka, bo u nas łatwiej było go uniknąć niż w świecie Achai. Ale nawet ta skromna wiedza pozwala mi mniej więcej wyobrazić sobie, jak służba wojskowa wygląda. Tymczasem Achaja trafiająca na jednostkę nie tylko zachowuje się jak "legalna blondynka", ale do tego KOMPLETNIE WSZYSTKO ją zaskakuje. Nie potrafi uniknąć najprostszej pułapki zastawianej przez dowódców (cała drużyna szoruje podłogę, jednak dziesiętnik wspaniałomyślnie pozwala Achai siedzieć i nic nie robić). Każdy element służby wojskowej jest dla niej niespotykany i niewyobrażalny. I tutaj nasuwa się kilka pytań.
  1. Gdzie się podziała nieprzeciętna inteligencja bohaterki?
  2. Czy Achaja nigdy nikogo nie zapytała jak wygląda służba wojskowa?
  3. Achaja otoczona niezliczoną służbą, gwardią i najlepszymi nauczycielami (Przypomnijmy, iż każdy musiał służbę odbyć) nigdy nie słyszała opowieści o wojsku?


Książko do chuja! Skoro ja nie byłem w wojsku, a wiem czego mógłbym się spodziewać, pomimo, iż jedynie kilku moich znajomych było w wojsku, to dlaczego Achaja, w której świecie wszyscy byli w wojsku nie ma o nim KOMPLETNIE JAKIEGOKOLWIEK POJĘCIA!!!

⇔⇔⇔⇔⇔

Zastanawiacie się pewnie, skąd taki nietypowy wstęp poświęcony fekaliom. Otóż już tłumaczę. Biorąc do ręki książkę w zasadzie już po kilku stronach, czy czasami nawet zdaniach, jesteśmy w stanie określić, czy mamy do czynienia z chłamem, czy raczej z czymś, co da się czytać, a może nawet będzie  nam to czytanie sprawiało frajdę. „Achaja” jest inna. Początkowo prowadzenie narracji, opisy, dialogi, bohaterowie… po prostu wszystko jest naprawdę zajebiste. I kiedy zaczynasz już wciągać się w opowieść, nagle dostajesz w ryj prawym prostym idiotyzmu. Wstajesz na nogi i czytasz dalej. Znowu jest spoko. I ciach! Dwa szybkie proste braku logiki i sierpowy ignorancji znów powalają Cię na kolana. Wstajesz drugi raz, ale tym razem podnosisz gardę i dociera do Ciebie, iż książka nie daje Ci jedynej rzeczy jaką powinna Ci dać... przyjemności.


Nie polecam. Gorąco odradzam. Kawał śmierdzącej kupy... najgorsze jest to, że druga część zdobyła jakieś nagrody. Za co? Nie wiem. I nie dowiem się bo nigdy na pewno nie sięgnę już po „Achaję”. Może z wyjątkiem recenzji na Niezatapialnej Armadzie J


Ocena:

"Choć to fizyce wbrew,
Wskazówka cofa się..."

Lady Punk "Mniej niż zero"






Do następnego!




poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Ludzie: Alek Rogoziński - spotkanie autorskie. Kraków, 7 kwietnia, Bonito.

Cześć!

W środku nocy wróciłam z weekendowego wypadu do Krakowa. Miałam być tam tylko na wczorajszym koncercie, ale jak tylko Alek ogłosił datę spotkania w Bonito, to wiedziałam, że muszę tam być!


Miejsce spotkania, czyli księgarnia Bonito, było całkiem fajne. Niewielka, ale fajnie urządzona przestrzeń. Wizualnie – naprawdę spoko, ale w moim odczuciu trochę mało klimatycznie. Przeszklone wszystkie ściany sprawiają, że jest tam mega jasno, co przy tak wczesnej godzinie (14:00) sprawia, że trochę brakuje tego "czegoś". Całkiem inaczej by to wyglądało, gdyby tego szkła było mniej, albo godzina spotkania ustalona była na wieczór, kiedy jest już ciemno. Jednak półmrok, jakieś przytłumione światełka z focusem na głównego bohatera wydarzenia na pewno lepiej oddały by charakter spotkania. Generalnie jednak – tak w całokształcie – oceniam miejsce całkiem pozytywnie. 

Nie było dużo osób: razem z obsługą może trochę ponad 20. Ale jako typowa introwertyczka (która tak i tak schowała się w samym kącie z tyłu sali 😋) cieszę się, że było nas tak niewiele. Dzięki temu było też bardziej "swojsko", każdy kto chciał (lub nie: ale o tym za chwilę!) mógł zadać Alkowi pytanie. 


Alek oczywiście był jak zawsze rozgadany do granic możliwości 😂 Cud, że prowadzący spotkanie Michał Grzebyk zdołał mu zadać więcej, niż 2 pytania 😉 Było to moje pierwsze (!) spotkanie autorskie, w którym brałam udział, więc z zainteresowaniem przysłuchiwałam się wszystkiemu, choć sporo rzeczy, o których była mowa było już mi znanych. 

Jedna z dobrych wieści jest taka, że oprócz planowanej na przyszłą wiosnę kontynuacji Róży oraz jesiennej książki: za parę dni Alek ujawni szczegóły niespodzianki, jaką nam szykuje jeszcze tej wiosny!

Wracając do rozmowy z Alkiem i pytań zadawanych przez Czytelników: każdy zgłaszał się na ochotnika, z przygotowanymi już w głowie pytaniami. Ale oczywiście Alek nie byłby sobą, gdyby nie zrobił mi następnej "niespodzianki", próbując po raz kolejny przyprawić mnie o zawał 😁


Jak wspomniałam – jestem typowym introwertykiem, bardzo nieśmiałą osobą w kontaktach face-to-face (zupełnie inaczej, niż w sieci, gdzie uwielbiam paplać i się udzielać). Tak więc liczyłam, że moje zakamuflowanie się w samym tyle sali da mi trochę anonimowości i spokoju. Ale Alek oczywiście musiał mnie wypatrzeć, i wysłał prowadzącego spotkanie z mikrofonem do mnie, żebym ja też zadała jakieś pytanie. Oczywiście: pustka w głowie, dłuższa chwila przeskakiwania trybików, coś tam wymyśliłam. Chcę oddać mikrofon, ale Alek "nie, nie, jeszcze jedno" 😂

Większość relacji możecie obejrzeć TUTAJ, na fanpage Bonito (brakuje na nagraniu jakichś pierwszych 20-30 minut spotkania), a moje "Yyyyyyy" jest jakieś 16 minut przed końcem 😅

Później oczywiście wspólne fotki, podpisywanie książek. Jako, że ja Kopciuszka miałam już podpisanego, to wzięłam 3 inne książki z mojej kolekcji książek Alka, więc teraz każda jest wyjątkowa 💖 Choć te podpisane w sobotę są fajniejsze – Alek ma świetną pieczątkę, która teraz zdobi pierwsze karty książek 😊





Jako, że Alek po zakończeniu spotkania (i podpisaniu 200 książek 😧) miał jeszcze sporo czasu do odjazdu pociągu - wraz z Karoliną, Olą oraz Małgosią  wcieliłyśmy się w delegację pożegnalną. Po kilku chwilach spędzonych na Rynku Głównym, przy kawce i pogaduszkach, odprowadziłyśmy Alka na dworzec.


Z różnych względów, głównie zdrowotnych, miałam obawy przed wyjazdem, bo od dobrych paru lat krążę tylko po najbliższej okolicy, więc te ponad 100 km do Krakowa: to była dla mnie mega wyprawa. Jednak bardzo się cieszę, że wizja poznania w końcu Alka wyciągnęła mnie z domu! Było świetnie 💝 Alek na żywo nic a nic nie traci z uroku, jakim darzy nas ze swojego fanpage, wręcz przeciwnie! 

Niedziela była dla mnie równie intensywna, ale o tym w kolejnym poście, bo również było kulturalnie 😉



Buziaki,










Książki Alka Rogozińskiego możecie kupić m.in. tutaj:

niedziela, 8 kwietnia 2018

Książka: "Lśniące dziewczyny" Lauren Beukes

Życie upływa mi na czytaniu, pisaniu i opieką nad dziećmi. Czy może być piękniej? Gdyby jeszcze trafiały się same dobre książki, byłoby idealnie. Cóż. Idealnie nigdy nie jest.


Autor: Lauren Beukes
Tytuł: Lśniące dziewczyny
Gatunek: thriller/kryminał
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 416


O czym jest książka?

"Dziewczyna, która nie chciała umrzeć.
Morderca, który nie powinien żyć".


Moje wrażenia:

Okładka kryminału Lśniące dziewczyny niezbyt mi się podoba. Postać przedstawiona na obrazku nie przyciąga uwagi i oglądając na półce w księgarni tę książkę, nie wybrałabym jej. Intuicja by mnie nie zawiodła, ponieważ tekst już od pierwszych stron, mało tego, że mnie nie porwał, to na dodatek zniechęcił. Trudno określić, w czym tkwi problem, czy w sposobie narracji, czy stylu pisarza. Czasami bywa tak, że książki odpychają nad od pierwszego słowa i tak było w tym przypadku. Później, w miarę rozwoju akcji, wrażenie to zanika, ale już do końca, sięgając po tę pozycję, nie czułam przyjemności.

Przybliżając nieco fabułę można powiedzieć, że Lśniące dziewczyny to kryminał z elementami fantasy. Harper Curtis, szaleniec, dla którego niektóre dziewczyny lśnią, trafia na Dom, który pozwala mu przenosić się w czasie. Może więc obserwować ofiary od najmłodszych lat, by później, gdy nadejdzie czas, mordować. Problem pojawia się, gdy jedna z dziewczyn, Kirby Mazchari, wymyka się śmierci i próbuje rozwikłać zagadkę brutalnego mordercy.


Nierówny pojedynek pomiędzy niedoszłą ofiarą a szaleńcem trwa do ostatniej strony. Niewiele dowiadujemy się na temat samego Domu, który przecież ma tak kluczowe znaczenie w sprawie. Niewiele także wiemy na temat Curtisa, który mógłby być postacią wielce interesującą, gdyby jego rys psychologiczny został odpowiednio opisany. O wiele lepiej poszło Autorce z Kirby, która jest charakterna, ma przeszłość, teraźniejszość i, być może, jakąś przyszłość. Doskonale nakreślona jest także Rachel, jej matka oraz Dan, dziennikarz, który jej pomaga.

Całość psuje czas teraźniejszy, w którym trudno się czyta. W niektórych miejscach znalazłam błędy i literówki. 

Historia, która ma potencjał, została zepsuta i nie ratują jej nawet opisy morderstw, drastyczne, realistyczne, ciekawe. Cała opowieść jednak nie ma „tego czegoś” co sprawiałoby, że porwałaby mnie i przeniosła w inne światy, że nie mogłabym się doczekać, by znów zacząć czytać. Wręcz przeciwnie, gdy skończyłam, poczułam ulgę, że to koniec. I chociaż ostatni rozdział zapętla całość, sprawiając, że wszystko nabiera przerażającego sensu niekończącej się opowieści, to jednak ta historia nie pozostawia po sobie niczego więcej.

Ocena:

 



Na razie,





Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy:

Koniecznie zajrzyj!

Książka: "Ja, wersja 2.0" Anna Gruszczyńska, Toon De Kock

Cześć! Chcę dziś napisać parę słów o... książce? Poradniku? Poniższą publikację ciężko wsadzić w sztywne ramy, bo jest naprawdę oryginalną...

Bądź na bieżąco :)

Ocena

2 3 4 5

(Prze)czytane:

Polecamy!

Google+