Ostatnio napisałam:

sobota, 1 kwietnia 2017

O pierwszej "współpracy" słów kilka.

Cześć :) 

Po długiej przerwie udało mi się znaleźć chęć - a przede wszystkim siłę, by coś napisać. Tym razem nie będzie to recenzja. 



W sumie, to przy okazji: w blogosferze przyjęło się nazywać opis wrażeń po przeczytaniu książki "recenzją" i przy zakładaniu bloga poszłam za tym nazewnictwem. A teraz nie chce mi się już zmieniać wszystkich poprzednich postów. Bowiem większość tych "recenzji" - łącznie z moimi - powinniśmy raczej nazywać "opinią". Rzadko bowiem są bezstronne, przekazują raczej osobiste odczucia danej osoby niż obiektywną ocenę. Ale to tak na marginesie, w nawiązaniu do tytułu wpisu. 


A teraz:




Dziś o czymś innym. Długo się zbierałam za tę notkę, w sumie miało jej wcale nie być. Ale stwierdziłam, że jednak należy Was ostrzec i uczulić na pewne sprawy. Jak na obrazku powyżej - zastanów się - sprawdź sieć, poczytaj, podpytaj innych zanim z otwartymi rękami przyjmiesz od kogoś zaproszenie do współpracy.


Bloga założyłam w czerwcu, dość szybko pojawili się pierwsi obserwatorzy zarówno tutaj jak i na fanpage. Mimo to wszystko było jeszcze w powijakach, kiedy (co mnie do diabła napadło!) odezwałam się na pewnej grupie pod postem chłopaka szukającego recenzentów swoich książek. Piszę "chłopaka" bo młodszy ode mnie, za poważnego go też raczej nie uważam - w sumie, to chyba powinien być dumny, że użyłam takiego określenia. Bardziej by pasowało "dzieciak" ;) 


O dziwo - po kilku minutach napisał do mnie priv z propozycją przesłania książek. Coś za szybko, pewnie nawet nie zajrzał do mnie - później doszłam do wniosku, że nie liczy się dla niego kto i gdzie pisze na jego temat, ważne, żeby ktokolwiek i gdziekolwiek. Ustaliliśmy, że już, zaraz prześle mi 2 pdf-y, a książkowe wersje dośle niedługo i wtedy ja napiszę recenzję. Później to "niedługo" zaczęło zmieniać się w "nie mam czasu iść na pocztę", "nie mam kasy na przesyłkę, bo jestem przed wypłatą" (serio?) i tym podobne. Troszkę śmieszne, nie uważacie?


Już wtedy stwierdziłam, że raczej recenzja nie powstanie - zapadły konkretne ustalenia, on się nie wywiązał, więc czemu ja mam poświęcać pół dnia na napisanie rzeczowego posta, na dodatek męczyć się czytając na laptopie pdf-y, których szczerze nie znoszę? 



Gdy zaczął się wymigiwać - zaczęłam szukać info w sieci na jego temat, wystalkowałam go na Fejsie. Szczerze? Jak przeglądnęłam jego fanpage, to po prostu ręce mi opadły i zrobiło mi się wstyd, że tacy ludzie mają się za "artystów". 


Tomasz to człowiek orkiestra ;) Pisze, maluje, komponuje i nie wiadomo co jeszcze. Porównuje się do Da Vinci - no bo przecież taki człowiek renesansu z niego. Penderecki, Miłosz to idioci, i jak w ogóle można uważać ich za artystów. Gdy ktokolwiek (nie, nie złośliwie - grzecznie i rzeczowo) ośmielił się na fanpage wyrazić zdanie, że książka/tomik/muzyka mu się nie podoba - zaczynały lecieć wyzwiska, obrażanie. Bo "myślisz macicą", "jesteś moczem spuszczonym w kiblu", "A ty byś, [...] chciała, aby ktoś ci lizał fujarę". 


Owszem, jakiś jego wczesny tomik został oceniony bardzo dobrze. Nie wiem, nie czytałam. Ale wygląda mi to na typową "sodówkę" i BARDZO wybujałe mniemanie o sobie. Tak sobie myślę, że był troszkę za młody (bo ledwie po dwudziestce), żeby z pokorą i dystansem podejść do pochwał, które na niego spadły. 


A książka i tomik, które dostałam w formie elektronicznej? Owszem, zajrzałam, choć nie przeczytałam ich od deski do deski. 


Kilka wierszy z tomiku jest nawet dość przyjemnych w odbiorze, choć raczej za poezją nie przepadam to takie 4/5 mogę dać tym wierszom, które udało mi się przeczytać.


Książka... no właśnie. 


Wiecie - mimo wszystko za głupią się nie uważam. W swoim życiu przeczytałam, tak lekko licząc jakieś 2 - 3 tysiące książek. I choć wolę lekką literaturę, ewentualnie kryminały, to i poważniejsze rzeczy trafiają w moje ręce. Tak, zdarza się, że trafiając na jakieś mało popularne, trudne słówko muszę mieć kilka sekund, by wydobyć z zakamarków pamięci jego znaczenie. Ba! Bywa, że nawet wujka Google muszę zapytać ;) Ale przepraszam - chodzącą encyklopedią chyba nikt nie jest, prawda? 


Książka jednak odrzuciła mnie po pierwszych stronach. Bo książki czytam dla przyjemności - nie po to, by trzymając w drugiej ręce telefon sprawdzać znaczenie co drugiego słowa. Bo zdania składające się z miliona metafor, porównań, rozbudowane tak, że w połowie 3 linijki już nie wiesz, o co chodziło w pierwszej, a przed Tobą 5 kolejnych linijek (tak, takie tasiemce) - wiecie, jakoś dla mnie niekoniecznie są przyjemne w odbiorze. 


Epitety, metafory i inne ozdobniki: są fajne, są potrzebne. Ale powinny raczej pojawiać się czasem, dla urozmaicenia treści, po to, by czytelnik łatwiej mógł sobie coś wyobrazić. A treść składająca się w 99% z rozbudowanych środków stylistycznych to trochę za dużo. Gubi się sens zdań, czytanie zamiast cieszyć - staje się męczące. 


Raczej nie porzucam napoczętych książek, staram się je, mimo wszystko, przeczytać do końca. Bo i zdarza się tak, że pierwsze kilkanaście stron to nudne wprowadzenia, a później akcja wciąga. Tu jednak poddałam się. Przeczytałam kilka pierwszych stron, później wyrywkowo rzuciłam okiem na kolejne, losowe kartki. 

Może jednak jestem głupia? Trudno, jakoś przeżyję. 



Wiecie, pewnie i znajdą się miłośnicy tego typu twórczości - o gustach się nie dyskutuje. Bardziej odrzuca mnie postawa Pana Artysty (oczywiście pisane dużą literą!), który uważa się za nie wiadomo kogo i nie-fanów traktuje z pogardą, bez grama kultury, po prostu pokazuje chamstwo na najwyższym poziomie. Bo oprócz jakichś zdolności (których posiadanie lub jego brak każdy oceni wedle swoich standardów) wypadało by chyba traktować innych ludzi - jak ludzi właśnie, a nie jak niedorozwinięte "cosie".





piątek, 10 lutego 2017

KONKURS!!!

Hej!

Wiem, że ostatnio znikłam stąd praktycznie całkiem - ale obiecuję poprawę. W pracy miałam młyn, siedziałam po 12 godzin dziennie - codziennie. Niestety długo się tak nie da, i po 2 miesiącach organizm powiedział pas. Właśnie siedzę na chorobowym, więc być może uda mi się w końcu coś przeczytać ;)

Tak dla przypomnienia Wam, że istnieję razem z drugim blogiem oraz na fanpage uruchamiam - KONKURS!!!




Zasady są proste, do wygrania 💯 zł na zakupy w dowolnym sklepie internetowym - w zależności od wybranego pytania kosmetycznym lub książkowym :)


DO WYBORU 1 z 2 pytań - zarazem wybierasz rodzaj sklepu, w jakim zrobimy zakupy :) Pierwsze pytanie kosmetyczne, drugie książkowe.


1️⃣ Jedziesz na wakacje i możesz wziąć ze sobą TYLKO JEDEN kosmetyk. Co to będzie i dlaczego? Czym Cię uwiódł i sprawił, że to ten jedyny?
(Możesz podać tylko rodzaj kosmetyku, np. "podkład" - ale milej widziany będzie pełny opis: nazwa + rodzaj + firma)
2️⃣ Na jeden dzień możesz stać się wybranym bohaterem literackim. Kim zostaniesz (podaj również autora oraz tytuł książki)? Dlaczego?

DODATKOWO:
Będzie miło, jeśli polubisz fanpage:


Oczywiście każde udostępnienie banerka mile widziane :)

Regulamin:







Buziaki :*

sobota, 26 listopada 2016

CZYTAJ Z NAMI - czyli jest takie miejsce w sieci... "Prze-czytana książka"

Hejka :) 



Tak, żyję! Ale praca mnie absorbuje do tego stopnia, że nie mam czasu na czytanie i pisanie. I nie zanosi się, że będzie lepiej - koleżanka odchodzi z pracy ;( więc przybędzie mi obowiązków. Staram się cały czas, by gdzieś w tygodniu wygospodarować czas na książkę - ale jest z tym kiepsko. Należę do osób, które potrzebują duuuużo snu - 9h to u mnie minimum. W tygodniu często nie mam na to czasu, więc nadrabiam w weekendy - wstaję z łóżka tylko po to, by coś zjeść i idę spać dalej. 


Pracę często kończę wieczorami (pracuję z domu, ale zadania do zrobienia pojawiają się często nagle i "na już") - wtedy albo od razu kładę się spać, albo włączam jakiś odmóżdżający serial - nie mam sił, by skupić uwagę na treści książki.





Ale, ale... Ja dziś pojawiam się z czymś ciekawym! Jest takie miejsce w sieci, a dokładniej na Facebooku - grupa o lekko mylącej nazwie PRZECZYTAJ & PODAJ DALEJ. Grupa książkoholików. Owszem - czasem zdarzają się akcje wymiany książek, ale jej główne założenie, to dzielenie się wrażeniami po przeczytaniu książek, dyskusje o autorach, wspólne czytanie i omawianie Lektury Miesiąca i wiele innych. Serdecznie zapraszam zarówno na Grupę - jak i na bloga pomysłodawczyni, Magdy -> KLIK

Właśnie na Grupie zrodził się pomysł akcji #czytajznami - dzisiejszy wpis powstał właśnie w jej ramach.

O co właściwie chodzi? Już wyjaśniam: według kolejności zgłoszeń do akcji dana blogerka publikuje na Grupie proponowany temat wpisu gościnnego, który pojawi się u niej na blogu i zaprasza do niego 3 osoby. Publikacja takiego posta odbywa się zawsze w sobotę. 




Kiedy zgłaszałam się do akcji pomysłu na wpis jeszcze nie miałam, zresztą zachodziła obawa, że powielę pomysł którejś z wcześniej ogłaszających się osób. Ale jak przyszło co do czego, to lampka zapaliła mi się od razu: Prze-czytana książka - czyli książka do której chętnie wracamy lub wracałyśmy wielokrotnie. Książka, która mimo tego, że znamy ją prawie na pamięć wciąż potrafi nas wciągnąć i zainteresować. Sama mam kilka takich pozycji, więc chciałam poznać typy pozostałych dziewczyn :) 



Występują: 
(żeby było sprawiedliwie - kolejność wg dostarczenia tekstów ;) ) 





[AGNIESZKA]


Prze-czytana. Przekartkowana dziesiątki razy, rozłożona niemalże na czynniki pierwsze, zdanie po zdaniu. Dla książki, która na zawsze skradła moje serce los nie był łaskawy. Wszystko zaczęło się, gdy pewien uzależniony od morfiny lekarz spotkał na swojej drodze trzecią (ale za to największą) miłość swojego życia. Michaił Bułhakow. Mistrz. I jego ukochana, Małgorzata. A także miasto. Monumentalny Trzeci Rzym. Złotogłowa stolica. Moskwa.

Kiedy przeczytałam temat mojego wpisu, nie miałam wątpliwości. Wiedziałam, że będzie to opowieść z Rosją w tle. Tych ukochanych książek zza wschodniej granicy mam jednak cały regał. Z pomocą w wyborze przyszła mi coroczna inicjatywa literacka – narodowy odczyt dzieł rosyjskich on-line. W ramach projektu każdego roku wybierana jest jedna powieść z klasyki literatury rosyjskiej, którą przez dwie doby po fragmencie czyta kilkaset osób. A my możemy śledzić to zjawisko na żywo.

Na pierwszą wzmiankę o tegorocznym utworze aż poczułam dreszcze. Moja pierwsza literacka miłość. Romans z tym panem przetrwał burzliwe czasy liceum i studia. Ba, nawet moje małżeństwo nie było w stanie mu zaszkodzić ;) „Mistrza i Małgorzatę” mam aż w trzech egzemplarzach. Co ciekawe, żaden nie jest po polsku i żadnego nie kupiłam sobie sama. Jest to książka, którą faktycznie rozebrałam na czynniki pierwsze. Powiem więcej, z mapą w rękach stąpałam po jej śladach. Począwszy od Patriarszych Prudów – pamiętnego spotkania literatów z Wolandem – aż do domu-muzeum samego autora.  




Co najbardziej fascynuje mnie w „Mistrzu i Małgorzacie”?

Przyznam, że nie jest to wcale historia wielkiej miłości czy wątki religijne. Nie są to również fenomenalne adaptacje i ekranizacje, których widziałam całkiem sporo (jak chociażby niezapomniana Anna Dymna, latająca au naturel na miotle). Tym, co urzekło mnie od pierwszych stron powieści jest obraz Moskwy – miasta, które na zawsze znalazło specjalne miejsce w moim sercu.
  

Diaboliczna świta Wolanda odziera stolicę ze złudzeń. Z jednej strony ukazuje jej twórczy eklektyzm, potęgę i potencjał, ale jednocześnie stanowi do bólu szczere studium mieszkańców i systemu, w którym przyszło im żyć. Ta absurdalna karykatura moskwian – urzędników, dyrektorów, pracowników Teatru Variété – jest tak nieprawdopodobna, że aż prawdziwa. I chociaż cenię też kreację postaci, umiejętność łączenia wątków fantastycznych z realizmem oraz oczywiście burzliwe losy Mistrza i jego ukochanej, to jednak miasto jest powodem, dla którego powracam do tej powieści raz za razem. 





[KASIA]


Rzadko czytam dwa razy tę samą książkę. Jestem ciekawa świata literatury, dlatego czytam dużo i często i z tego powodu książki raz przeczytane odstawiam na półkę. Jest tylko kilka lektur, które przeczytałam więcej niż jeden raz. Uwielbiam „Balladynę” Juliusza Słowackiego – właściwie to fragmentami znam ją na pamięć! Dwa lub trzy razy czytałam „Zbrodnię i karę” Fiodora Dostojewskiego, kilka razy sięgałam po czytania zawarte w Piśmie Świętym. Jest jeszcze „Mały Książę” A. de Saint-Exupery’ego, przeczytany przeze mnie trzy lub więcej razy, i to właśnie na tej lekturze chciałam się skupić.
Nie oszukujmy się, „Mały Książę” nie jest uznawany za arcydzieło, choć przyjmuje się ją za jedną z najważniejszych książek XX wieku. Krytycy zarzucali książce to, co we współczesnej literaturze zarzuca się twórczości Paolo Coehlo. Ja jednak uważam, że stawienie obu pisarzy w jednym szeregu jest deprecjonujące dla francuskiego pilota, dla „Małego Księcia” również. Moim zdaniem, to bardzo mądra i świetnie napisana książka. Pewnie też nie będę oryginalna mówiąc, że jest ważna w moim życiu.



Po pierwsze, poznałam ją w momencie, gdy przestawałam być dziewczynką, a stawałam się nastolatką i odkrywałam wiele tajemnic, jakie skrywał przede mną świat. Po drugie, dopiero ta książka uświadomiła mi siłę i magię słów. Zobaczyłam prozę poetycką - gatunek wcześniej mi nie znany… Po trzecie, znalazłam piękne w swej prostocie odpowiedzi na pytania, które błąkały się po mojej głowie: o miłość, przyjaźń i sens życia. Te odpowiedzi to słynne sentencje: „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, „Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś” czy „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.
„Mały Książę” nie nudzi mi się z wiekiem. Ponad rok temu razem z dziećmi siedziałam w sali kinowej z wypiekami na twarzy oglądając film na podstawie dzieła Exupery’ego. Wzruszyłam się tak samo, jak lata temu, gdy po raz pierwszy sięgnęłam do książki. Mamy w domu dwa egzemplarze „Małego Księcia”, a kilka podarowałam bliskim w prezencie, żeby je mieli przy sobie. Bo „Mały Książę” jest dobry na wszystko.






[JANKA]


Książka, z którą przyjaźnię się już dziesięć lat. Pierwszy raz czytałam ją na wyjeździe konferencyjnym we Włoszech. Zobaczyłam u kolegi i mu zabrałam :) Zachwyciłam się od pierwszych stron. Pamiętam do dziś jak siedzę na tarasie, jest ok 30 stopni ciepła, w oddali majaczą Dolomity, a ja drżę z zimna, bo w Paryżu pada śnieg.
„Po prostu razem” Anny Gavaldy to książka pokochana od pierwszego czytania. Dlaczego? Też się zastanawiam. Może dla tego, że jest taka zwykła, prosta, serdeczna? Może dlatego, że bohaterowie są tak wyraziści?
Historia zaczyna się od tego, że Paulette znowu traci przytomność, Camille idzie do lekarza, potem...mdleje. Na początku trudno się domyślić, która z nich będzie główną bohaterką powieści, a wymyślić, że kiedyś się zaprzyjaźnią? Jeszcze trudniej. Uda się to dzięki Franckowi, wnukowi jednej z nich – oczywiście przez zupełny zbieg okoliczności. Franck jest kucharzem, pozuje na łobuza, ale tak naprawdę... Do pełnej obsady brak już tylko Philou – zubożałego arystokraty, zdecydowanie oderwanego od rzeczywistości.


I tak mamy: starszą panią, młodszą artystkę, kucharza i szlachetnie urodzonego idealistę. Każdy oryginalny, indywidualista, z każdą z postaci chciałabym się zaprzyjaźnić. Chętnie bym ich wszystkich przytuliła i adoptowała :D, bez względu na wiek. Chociaż najbliżej mi chyba z Philibertem, podobnie jak on naiwnie wierzę w szczerość, uczciwość i nie do końca wiem o co chodzi we współczesnym świecie :P
Jeśli macie ochotę na drżenie z zimna na poddaszu, na piknik na rodowej zastawie, albo przejażdżkę po mieście w sklepowym wózku – a voila! Ensemble C`est Tout!

PS. Film mi się nie podobał, Audrey Tautou zbyt ameliowata była jak dla mnie.





Jak widzicie dziewczyny wybrały bardzo różnorodne pozycje.  Jeśli chodzi o "Mistrza..." to oczywiście kiedyś tam czytałam - i nawet pamiętam, że bardzo mi się podobał, więc chyba pora sobie przypomnieć. "Mały Książe"  też jest u mnie na liście przeczytanych książek, ale szczerze powiedziawszy średnio przypadł mi do gustu (wtedy) - może czas sprawdzić, czy jako osoba dorosła podejdę do jego lektury inaczej. Ostatniej pozycji niestety nie kojarzę wcale - więc wędruje do (coraz obszerniejszego) dokumentu z książkami "do przeczytania".

Szczerze powiedziawszy - ja uwielbiam wracać do książek, które mnie zachwyciły lub czymś ujęły - stąd też pomysł na taki temat wpisu. Mogłabym wymieniać i wymieniać. Są to zarówno niektóre dzieła Kinga, Roberts/Robb czy Sandemo - jak i pozycje typowo młodzieżowe jak np. "Mała księżniczka" czy serie o Tomku Wilmowskim czy Panu Samochodziku ;) 

Oczywiście - razem z dziewczynami jesteśmy bardzo ciekawe, co sądzicie o przedstawionych przez nie pozycjach. No i czy macie takie swoje PRZE-czytane książki? 


czwartek, 13 października 2016

Jean Hanff Korelitz - Nie chciałaś wiedzieć

Hej :)

Powoli ogarniam nową pracę, coraz częściej znajduję wieczorem chwilę czasu na czytanie i pisanie dla Was. Pora więc na kolejną książkę, którą udało mi się przeczytać w ostatnim czasie. 





Autor: Jean Hanff Korelitz
Tytuł: Nie chciałaś wiedzieć
Gatunek: sensacyjna
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 472






O czym jest książka?


Grace jest terapeutką specjalizującą się w terapii par. Właśnie napisała swoją pierwszą książkę - poradnik dla kobiet, który ma im pomóc w doborze partnerów. Grace pisze o tym, jak ważne jest pierwsze wrażenie, o tym, że należy zaufać intuicji. O tym, że większości problemów w związkach można uniknąć, bo ich symptomy widać już na samym początku znajomości. 


Nagle poukładane życie Grace się rozpada - ginie kobieta, której syn chodzi do prywatnej szkoły z synem Grace. Na dodatek mąż kobiety znika wymawiając się konferencją dla lekarzy. Jak nigdy zostawia komórkę w domu, Grace nie ma z nim kontaktu. Jego nieobecność się przedłuża, a policjanci z wydziału zabójstw zaczynają zadawać dziwne pytania i przedstawiać nieoczekiwane i przerażające fakty.


Grace wraz z synem Henrym uciekają przed medialnym szumem do jej domu położonego na odludziu. Muszą poradzić sobie w ciężkich, zimowych warunkach, muszą poukładać swoje życie całkiem na nowo. Czy im się to uda?




Moje wrażenia:


Grace jest podekscytowana zbliżającą się premierą książki - poradnika dla kobiet, który udało jej się stworzyć pomiędzy wizytami kolejnych pacjentów. Nagle mąż znika, okazuje się, że szuka go policja a kobieta wraz z synem nie mogą znieść prasowej nagonki i piętna bycia rodziną mordercy. Uciekają więc do letniego domku Grace - zupełnie nie przystosowanego do zimowych warunków jakie właśnie panują. Przychodzi im się zmierzyć nie tylko z psychicznym obciążeniem po występku
 Jonathana ale i nieprzyjaznymi okolicznościami przyrody.


Pomysł na główny wątek bardzo mi się spodobał, nie wiem czemu pierwsze parę kartek nie zainteresowało mnie do tego stopnia, że książkę odłożyłam na dobrych kilka dni. Jednak gdy sięgnęłam po nią ponownie wciągnęła mnie niesamowicie - widocznie za pierwszym razem miałam zły dzień ;) 

Książkę czyta się swobodnie, historia opisana jest lekko i przyjemnie. Bohaterowie opisywani są wyraziście, osobiście nie od razu polubiłam Grace, ale gdy zaczęło się całe zamieszanie - już byłam po jej stronie. Autorka dobrze opisała rozterki głównej bohaterki, sprawia, że stawiamy się w jej sytuacji i z każdą stroną rozumiemy ją coraz bardziej. 






Ocena:



piątek, 7 października 2016

Filmowy Piątek: Ratter


Czuliście się kiedyś obserwowani? Mieliście uczucie, że każdy wasz ruch jest bacznie obserwowany? Niektórych takie odczucia doprowadzają do obłędu i paranoi. A temat jest tym bardziej aktualny, gdy każdy ma przynajmniej jednego smartfona podłączonego nonstop do sieci, a w naszych komputerach, telewizorach i tabletach są wszechobecne kamerki. Można by stwierdzić, że ten film oparty jest na autentycznych wydarzeniach.

Całkiem przypadkiem natrafiłem na film Ratter i od razu zaciekawiła mnie fabuła. Nie jest to pierwszy film o stalkingu, ale tym razem czułem, że będzie to inny film. I rzeczywiście jest to film zdecydowanie różniący się od filmów tego gatunku. Wydarzenia oglądamy z perspektywy urządzeń wyposażonych w kamerkę. Większość ujęć pochodzi z telefonu komórkowego oraz laptopa, a część z telewizora. Niepokojące? I powinno być.
Tytułowy RAT to rodzaj wirusa, który pozwala na przejęcie kontroli na urządzeniem elektronicznym takim jak np telefon, bądź po prostu przeglądanie na żywo całej jego zawartości wraz z dostępem do np. kamerki. Najczęściej wykorzystywany na laptopach, daje możliwość "podglądania" użytkownika. I z takiej perspektywy poznajemy główną bohaterkę Emmę. Należy tu wspomnieć, że w postać Emmy wcieliła się Ashley Benson, która znana jest z serialu Pretty little liars i... zagrała naprawdę dobrze. W gatunku thrillera, który ma wyglądać jak prawdziwe życie, główna bohaterka wyjątkowo nie wygląda na sztuczną aktorzynę. Dziwne ale prawdziwe. W filmie występuje również znany z How to Get Away with Murder Mat McGorry wcielający się w postać Michael'a.

Fabuła nie jest wielce rozbudowana. Emma przyjeżdża do Nowego Jorku aby rozpocząć nowy rozdział życia, chce oczywiście bardziej poznać siebie, a od razu poznaje Michael'a. Dodatkowo mamy motyw byłego chłopaka. Emma zaczyna odczuwać, że dzieje się coś dziwnego i jest obserwowana. Są groźby, anonimowe paczki, walenie do drzwi w środku nocy. Nawet oddaje laptopa do serwisu, gdzie zauroczony Emmą serwisant nic nie znajduje w komputerze. Ale najbardziej zaskakująca jest końcówka filmu. Wywarła na mnie na prawdę mocne wrażenie. Była realistyczna i podsumowywała cały film. Aha i poczekajcie całe napisy, bo jest druga końcówka... Ale nie będę spoilerował.
Uważam, że warto obejrzeć ten film, ponieważ jest to jeden z niewielu realistycznych obrazów pokazujących zagrożenia stalkingu, który nie jest spłaszczony i przeniesiony na płaszczyznę podglądania cycków. Jest to dobry film z przesłaniem, że w obecnych czasach każda kamerka może na nas patrzeć i tak naprawdę nie można się czuć całkiem bezpiecznym i anonimowym. A film zasługuje na mocne 4 gwiazdki. Za realizm i zakończenie. Polecam.




Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy:

Bądź na bieżąco :)

Ocena

2 3 4 5

Przeczytałam:

Google+